Tajlandia, Kambodża, Wietnam

W tle muzyka na tradycyjnych tajskich i wietnamskich instrumentach.

Relacja z wycieczki po Tajlandii, Kambodży i Wietnamie

Luty, Marzec 2016

Część 1 – Bangkok

Jeździ człowiek po świecie i jeździ… Marzenia z dzieciństwa mi się kończą :). Tym razem geneza wybranego kierunku jest zupełnie inna. Nie przypominam sobie, żebym w młodości usłyszał nazwę Angkor Wat. Choć w zasadzie powinienem, gdyż miejsce zostało ponownie odkryte jeszcze pod koniec XIX wieku, przez francuskiego podróżnika Henri Mouhot’a. Może gdyby lekcje historii nie były tak obsesyjnie skupione na wszystkich naszych nieudanych powstaniach i innych klęskach, to wspomniałyby o największej budowli sakralnej na świecie i największym imperium początków drugiego tysiąclecia. A może wspomniały, tylko ja nie uważałem? Kto to dzisiaj pamięta? Pamiętam za to, że w 2008 roku oglądałem w National Geographic serial dokumentalny „Kolosy Starożytności”. Jeden z odcinków nosił tajemniczy tytuł Angkor Wat. To wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się więcej o całej sprawie. A w każdym razie wtedy dobrze ją sobie zapamiętałem. Niby filmy dokumentalne to taki intelektualny fast food, ale jak się nie ma czasu na studiowanie poważnych dzieł naukowych z różnych interesujących dziedzin, to dobre i to. Operatorzy NG pokazali wspaniałą świątynię o pięciu monumentalnych wieżach wyłaniających się z morza dżungli w promieniach wschodzącego słońca. Obraz był tak spektakularny, że wrył mi się w pamięć nawet bez komentarza. A narrator dodał jeszcze, że w XII wieku Khmerowie zbudowali imperium obejmujące dzisiejszą Kambodżę, Wietnam, Laos, Tajlandię i spory kawałek Myanmar. Owszem, jest taki kraj, lepiej znany pod dawną nazwą Birma. Stolicą ich imperium był Angkor – metropolia licząca sobie w XII wieku milion mieszkańców. Milion! Londyn dochodził wtedy 100 tysięcy… Naszego Krakowa nie wspomnę, to był taki Garwolin – ze 20 tysięcy dusz.

Obejrzałem ten film i chociaż wtedy jeździliśmy już po świecie, to pomyślałem, że gdzie jak gdzie, ale do Kambodży to może pojechać tylko szaleniec (ewentualnie ekipa wielkiej telewizji, jak NG czy BBC). Niemniej od tamtej pory coraz częściej obijało mi się o uszy owe Angkor Wat. Można zapytać: kto dziś nie słyszał o Angkor Wat?! Jednak nie tak dawno słyszał jeszcze mało kto. Nie minęło wiele lat i mityczny Angkor pojawił się w katalogu turystycznym Rainbow i to nie w dziale „survival dla hardcorów” tylko dla normalnych ludzi. Jakby tego było mało, to na miejsce leci nasz ulubiony Dreamliner, w którym możemy się wyspać, a nie skatować przez 10 godzin lotu. Więcej zachęt nie było trzeba. Zwiedzanie Angkoru było zawarte w kilku różnych imprezach objazdowych, z których najbardziej pasowała nam „Kambodża-Laos-Wietnam”, gdyż w żadnym z tych krajów jeszcze nie byliśmy. Tajlandię mieliśmy odfajkowaną, a zazwyczaj staramy się nie wracać do miejsc już odwiedzonych, dopóki pozostaje tak dużo nieodwiedzonych. Jednak wersja z Tajlandią występowała w odmianie Deluxe wyróżniającej się lepszymi hotelami w części objazdowej i małą, kameralną grupą. Nawet te „lepsze” (4*) hotele w tamtych krajach budziły nasze obawy, a co dopiero „zwykłe” (3*). Z obawy przed spaniem w 3-gwiazdkowych szałasach z liści palmowych, wybraliśmy „Tajlandia-Kambodża-Wietnam Deluxe”. Na wiele się nasza zapobiegliwość nie zdała, gdyż miesiąc przed wyjazdem dostaliśmy z biura info, że nie zebrała się wystarczająca ilość chętnych na Deluxe i mogą nas przenieść na zwykłą, ewentualnie możemy oczywiście całkiem zrezygnować. Super. O rezygnacji mowy nie było, więc podwoiliśmy zapasy odstraszaczy komarów, węży i skorpionów i przepisaliśmy się na Tajlandia-Kambodża-Wietnam nie-Deluxe. W takiej sytuacji można było zawczasu wybrać Kambodża-Laos-Wietnam, ale kto wiedział? A teraz już na taką zmianę za późno, bo to inny lot. Trudno. Pocieszenie tylko takie, że w Tajlandii byliśmy wyłącznie na Phuket, a teraz będzie Bangkok i Pattaya, czyli kompletnie inna część kraju.

Równe 10 miesięcy od zamówienia wycieczki do wylotu, minęło nieprzyjemnie szybko. W ogóle ostatnio czas jakoś szybko mija – coś musi być nie w porządku. 21 lutego w południe byliśmy już na Okęciu gotowi na nową przygodę. Z powodu lotu na wschód, z doby uciekło nam 6 godzin i rano dnia następnego wylądowaliśmy już w Suvarnabhumi Airport w Bangkoku. Mimo, że spaliśmy wygodnie w samolocie, to byliśmy jednak kompletnie skołowani lotem i zmianą czasu. Jak zwykle. Dzień na szczęście zapowiadał się lajtowy. Przed południem zakwaterowaliśmy się w hotelu i do wieczora było wolne. Przesiedzenie całego dnia w hotelowym pokoju, nawet w stanie skołowania długim lotem jest głupotą, więc po wstępnym odpoczynku wybraliśmy się na zwiedzenie okolicy hotelu na własną nogę. Hotel był wybrany tylko do przenocowania, więc okolica była smętna, ale lokalny koloryt jak najbardziej prawdziwy. Pewnie nawet prawdziwszy, niż w dzielnicach turystycznych. Jednak na początek trzeba było się przestawić nie tylko na nowy czas, ale jeszcze na nowy klimat. A klimat tam parszywy. Gorąco jak diabli, no i obezwładniająca wilgotność. Niby też zima, bo to półkula północna, ale w południowo-wschodniej Azji w ogóle nie występuje żadna pora roku dla nas choćby znośna. Wyszedłszy z hotelowej klimatyzacji, zaczęliśmy się aklimatyzować. Żebym ja się zaaklimatyzował do tamtego klimatu potrzeba pewnie ze 30 lat, więc zrezygnowałem z aklimatyzowania się i pociłem się zwyczajnie – bez aklimatyzacji. Jak uprzedził nas pan przewodnik Dawid, ciężko chodzi się po ulicach Bangkoku. I to nie z powodu klimatu. Przejście ulicami choćby kilkuset metrów to wyzwanie i kupa czasu. Dlaczego? Bo nie ma którędy iść. To, że chodniki są do chodzenia jest wyłącznie europejskim wymysłem. Nikt w tamtym rejonie świata nie pozwoli sobie na takie marnotrawstwo miejsca. I to miejsca najbardziej atrakcyjnego biznesowo. Ulica wprawdzie jest miejscem przemieszczania się, ale przede wszystkim po prostu życia i robienia interesów. Na chodniku można rozstawić wszystko – handel, usługi, gastronomię i każdy inny rodzaj działalności. Jak można, to się rozstawia. Od ścian budynków do krawężnika stoją stragany, wózki, z których sprzedaje się „przekąski”, uliczne garkuchnie, ewentualnie sklepiki wystawiają dodatkowo towar na ulicę – jak na niego wpadniesz, to może kupisz. Skutkiem tego zwyczajnie nie ma którędy iść. Jest ciągła walka o każdy metr – przeciskanie się, kluczenie, przepychanie między ludźmi i sprzętami. Można próbować trochę schodzić na jezdnię, ale to ryzykowne. Jezdnią władają skutery. To jest ciągły strumień skuterów od krawężnika, do krawężnika. A pieszy jest dla nich powietrzem. Nie istnieje jako przeszkoda. Nikt nawet nie próbuje go omijać, każdy jest pewny, że uskoczy w ostatniej chwili. Parę razy uskoczyłem i wróciłem na zatłoczony chodnik.

 

Uliczki Bangkoku
Uliczki Bangkoku

W takim to kolorycie pokonywaliśmy z trudem wąskie uliczki otaczające hotel. Z ciekawością oglądaliśmy, co ma nam do zaoferowania ulica. A było to widać, słychać i przede wszystkim – czuć. Ja wiem, że jak się jest w obcym kraju, to powinno się próbować lokalnych potraw, ale zabrakło nam odwagi, żeby sięgnąć po specjały sprzedawane z dwukołowych wózków na chodniku. Pomijam, że wygląd tych potraw do złudzenia przypominał żaby nadziane na patyki, jakieś małe upieczone w całości ptaszki, zapiekane robactwo pełzające itp., ale przede wszystkim nasze obawy budziła strona sanitarno-epidemiologiczna. To chyba pierwszy raz w życiu, kiedy doceniłem inspektorów poczciwego sanepidu. Zachodziła obawa, że mijane przez nas punkty gastronomiczne, mogłyby nie otrzymać certyfikatu dopuszczenia do prowadzenia działalności w branży spożywczej. Według mnie nie dostałyby nawet certyfikatu na działalność w branży górniczo-hutniczej. Taki był syf! Statystyczny inspektor wspomnianego sanepidu, postawiony na tej ulicy padłby na ziemię, jak rażony gromem. Najtwardsi z inspektorów, którzy wszystko już w życiu widzieli, może ustaliby na nogach, ale regularne wizyty na leżance u psychoanalityka do końca życia i tak mieliby zagwarantowane. Co ciekawe, z całej tej ulicznej gastronomii korzystały przy nas masy ludzi, pałaszowali wszystko ze smakiem, spluwali na chodnik odwłokami chrząszczy, niczym pestkami od czereśni, z ożywieniem gadali ze znajomymi i brali sobie dokładki. Nie zauważyliśmy ani jednego osobnika konającego w konwulsjach w rynsztoku, czego w zasadzie należałoby oczekiwać. Tkwiła w tym jakaś nierozwikłana przez współczesną medycynę zagadka. Swoją drogą kilka dni później zatrzymaliśmy się na postój na przydrożnym bazarku w Kambodży i zobaczyliśmy tam rzeczy, przy których ta boczna uliczka w Bangkoku jako całość, powinna otrzymać bite trzy gwiazdki w przewodniku Michelina. Ale do tego wrócimy.

Przyznam się bez ogródek – wróciliśmy do hotelu głodni. Ale żywi. Wstąpiliśmy tylko do jednego z tysięcy sklepików amerykańskiej sieci 7-11 (tamtejszy odpowiednik Biedronki), nabyliśmy butelkowane napoje i jakieś fabrycznie zapakowane przekąski. Nie chciałem psuć żonie humoru, więc nie podzieliłem się z nią moimi przemyśleniami na temat, jak może wyglądać fabryka owych przekąsek. W końcu i tak był tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać – zjeść, co kupiliśmy i z ufnością czekać następnego dnia. Zresztą tego dnia już nic ciekawego nie miało miejsca. Do wieczora pracowicie przestawialiśmy się na nowy czas i padliśmy spać o nieokreślonej godzinie. A pobudka dnia następnego, jak i wszystkich kolejnych dni objazdu, nie później, niż o 6:00. Czyli według naszego, polskiego czasu – o północy. O tej porze zwykle jeszcze nawet nie chodzę spać, nie mówiąc o wstawaniu. Nie było litości. Poranny odgłos budzika rozpoczął na poważnie przestawiać nas na nowy czas.

Od tego dnia rozpoczynała się właściwa wycieczka objazdowa i twarde zwiedzanie. Przewodnik Dawid nie wyglądał na faceta, który będzie pobłażliwie podchodził do niesubordynowanych turystów, więc nikt nie odważył się spóźnić. Powiem więcej – przez cały, 10-dniowy objazd, poza jednym małym wyjątkiem, nikt z 30-osobowej grupy nie spóźnił się nigdzie, ani razu. Co ciekawe, w Tajlandii nasz przewodnik w ogóle nie istniał – był przebrany za turystę. Prawo oprowadzania wycieczek mają tam wyłącznie lokalni przewodnicy i towarzyszył nam taki – Kitinop się nazywał. Równy i sympatyczny gość. Nasz Dawid był całkiem incognito :). Nadchodzący dzień miał zacząć się zwiedzaniem kilku najważniejszych atrakcji Bangkoku. Nam to jak najbardziej na rękę, bo nie byliśmy. Wybieraliśmy się na zwiedzanie Bangkoku podczas pobytu na Phuket w 2012 roku, jednak miasto nawiedziły wtedy największe od pół wieku powodzie, które poza szkodami fizycznymi, spowodowały poważne zagrożenie epidemiologiczne. Jak oni się bali zagrożenia epidemiologicznego, to już nie wiem, co musiało pełzać po ulicach… W każdym razie wszystkie wycieczki turystyczne do Bangkoku zostały skasowane. Wtedy żałowaliśmy, ale teraz było jak znalazł. W kilka godzin dużo się nie nazwiedza, a nie mieliśmy nawet całego dnia, gdyż do wieczora musieliśmy jeszcze dojechać do Siem Reap w Kambodży – okrągłe 400km, a droga szczególnie w Kambodży, nie była autostradą. Zaczęliśmy od świątyni Wat Traimit i posągu Złotego Buddy. W tym przypadku nazwa nie jest metaforyczna – posąg to 5 ton czystego złota! Posąg wykonano najprawdopodobniej w okolicach XIII wieku w Ayutthaya (stolica prowincji 80km na północ od Bangkoku). Stał sobie spokojnie w jakiejś świątyni przez 5 stuleci aż do najazdu birmańskiego w XVIII wieku. Wtedy w celu ochrony przed rabunkiem ogipsowano całą figurę i wywieziono do Bangkoku, jako niewiele wart gipsowy odlew Buddy. Jeden z tysięcy innych. Ktoś załatwił to profesjonalnie, i skutecznie uciszył świadków, gdyż sprawa popadła w zapomnienie na kolejnych 200 lat. Dopiero w latach 30-tych XX wieku przez przypadek odkryto, co znajduje się pod gipsem. Pewnie ktoś się potknął i przypakował Buddzie z dyni, aż się gips posypał… Choć oficjalnie utrzymują, że to były prace renowacyjne. Kto by się zajmował renowacją pospolitej, gipsowej figury? Nieważne. Posąg został ponownie odkryty, ale nadal nie było dla niego stosownego pomieszczenia. Przez następne 20 lat rezydował sobie w blaszanej wiacie (5 ton złota!) i dopiero w latach 50-tych wybudowano mu stosowne miejsce kultu w świątyni Wat Traimit, którą właśnie zwiedzaliśmy. Obejrzeliśmy złotego Oświeconego, zrobiliśmy zdjęcia i z powrotem do autobusu. Kolejny był Leżący Budda.

 

Posąg Złotego Buddy
Posąg Złotego Buddy

Kaplica Leżącego Buddy (Viharn Phranorn) została wzniesiona na terenie 8-hektaroego kompleksu świątyni Wat Pho przez króla Ramę III w XIX wieku. To największa i najstarsza świątynia Bangkoku, starsza niż samo miasto. Rama III uczynił z niej centrum nauki: literatury, historii, agronomii i astrologii. Do dziś jest ważnym ośrodkiem tradycyjnej medycyny, w szczególności masażu tajskiego. Sam Leżący Budda to spory obiekt: 46m długości i 15 wysokości. Jak każdy leżący Budda, przedstawiony jest na prawym boku z lewą ręką wyciągniętą wzdłuż ciała. Przedstawia Buddę osiągającego stan nirwany. Wykonany z otynkowanych cegieł, na wierzchu pozłacany. Kusiło mnie, żeby odkuć parę cegiełek – ciekawe czy w środku nie kryje się coś cennego :). Jednak pośpiech i atmosfera miejsca nie sprzyjały podjęciu prac budowlanych. Zakonotowałem sobie, że może warto tu kiedyś wrócić z młoteczkiem i przecinaczkiem… Poza samą kaplicą Leżącego i innymi typowymi dla miejsca zabudowaniami, na terenie świątyni znajduje się mnóstwo stup. Stupa to takie stożkowe, szpiczaste ustrojstwo przeważnie bogato zdobione. Służy jako relikwiarz lub grobowiec. Na terenie Wat Pho jest ich aż 99, z czego wyróżniają się 4 największe. Najstarsza środkowa została wzniesiona pod koniec XVIII wieku przez Ramę I, jako grobowiec wizerunku Buddy z Ayutthayi. Rama III zbudował północną na prochy Ramy II i południową na prochy własne. Ostania powstała już za Ramy IV i nie pamiętam po co. Pozostałe mniejsze stupy (po 5m wysokości), to grobowce dalszych krewnych Ramy III. Zaleciało nepotyzmem. Zastanawiałem się w jakiej pozycji będzie następny Budda, bo siedzący i leżący już był, ale następny był Wielki Pałac Królewski.

 

Leżący Budda
Leżący Budda

Tajlandia jest monarchią konstytucyjną. Obecnie panującym królem jest Rama IX. Postać o ciekawej historii, jednak wspomnę tylko, że jest władcą uwielbianym przez naród i cieszącym się wielkim szacunkiem. Jednocześnie jest najbogatszym monarchą świata – jego majątek osobisty szacuje się na 30 mld USD. Nie, nie ukradł tej kasy. Nie, monarchia nie jest utrzymywana ze skarbu państwa. Utrzymanie króla nic nie kosztuje podatników. Utrzymuje się z własnego majątku (choć pytanie, jak do niego doszedł może nie być od rzeczy), ponadto rodzina królewska funduje z własnych pieniędzy szkoły, uniwersytety i szpitale. Rama IX jest już jednak bardzo leciwy. Panuje od 1946 roku i jest najdłużej panującym władcą. Nie mogę się powstrzymać i zacytuję jego pełne, ceremonialne imię: Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona. Z jego potomkami nie jest już rak różowo. Jedyny syn i oficjalny następca tronu Maha Vajiralongkorn ma na własną prośbę poważnie zszarganą reputację. Z trzech córek tylko jedna – księżniczka Sirindhorn cieszy się sympatią ludu. Spędza życie na działalności charytatywnej i uszczuplaniu fortuny rodowej na rzecz najbiedniejszych obywateli. Dwie pozostałe to typowe gwiazdy – modnie i drogo ubrane, pustawe w środku. Poza tym, że księżniczki, to jedna aktorka, a druga nie pamiętam kto.

 

Pałac Królewski w Bangkoku
Pałac Królewski w Bangkoku

Wielki Pałac, który zwiedzaliśmy, nie jest już rezydencją króla od 1925 roku. Król Rama VII przekazał go ludowi Tajlandii. Obecnie w znacznej części udostępniony do zwiedzania, pełni już tylko funkcje reprezentacyjne podczas wizyt oficjalnych gości króla. Przyjmowane w nim są inne koronowane głowy, prezydenci, ambasadorowie itp. Pałac zajmuje wielki obszar w pobliżu rzeki Chao Praya i robi imponujące wrażenie. Budowali go przez sto lat 1782 – 1880 i widać, że nie oszczędzali. Nie piszę przewodnika turystycznego i odsyłam do źródeł, wspomnę tylko o posążku szmaragdowego Buddy. W świątyni szmaragdowego Buddy (Wat Phra Kaeo) znajduje się jadeitowy posążek o wysokości niemal pół metra. Jego pochodzenie to przydługa legenda, ale w udokumentowanej historii najpierw spędził 34 lata w Lampang, potem 84 w Chiang Mai, a w 1552 rąbnęli go Laotańczycy i przez 226 lat przechowywali w swojej stolicy Vientianne. Dopiero w 1778 tajska armia pod przywództwem generała Chao Phra Chakri (późniejszego Ramy I) rozjechała Laos i posążek wrócił do ówczesnej stolicy Syjamu – Thonburi (uwaga: do 1949 roku Tajlandia nazywała się Syjam). Ostatecznie trafił do specjalnie dla niego wybudowanej świątyni na terenie pałacu w Bangkoku. Trzy razy do roku posążek przebiera się z wielką pompą w nowe szaty – stosownie od pory roku. W północnej Tajlandii są trzy pory roku: chłodna, gorąca oraz deszczowa. Po Wielkim Pałacu chodziliśmy sporo czasu. Właściwie, gdzie się nie obrócić, było coś ciekawego do fotografowania. I w ogóle byłoby super, gdyby nie Chińczycy. Dali nam już nieźle w kość podczas wycieczki do Chin, ale liczyłem, że na tym koniec. Nic bardziej mylnego. Rozleźli się już po całej Azji i zaczynają rozpełzać po reszcie świata. Na całej trasie naszej wycieczki było ich mrowie. Wszędzie, gdzie było coś do zwiedzania, od Bangkoku po Hanoi, nie było tego czegoś widać, bo zasłaniali Chińczycy. Dramat jakiś. W ogóle uważam, że administratorzy wszystkich poważnych zabytków powinni przynajmniej jeden dzień w tygodniu reklamować, jako „Dzień bez Chińczyków” – byłoby wiadomo, kiedy zwiedzać, żeby coś zobaczyć.

Z pałacu udaliśmy się na zasłużony obiad w restauracji na barce zacumowanej na rzece Chao Praya (po europejsku Menam). W ogóle zastanawiająca jest rozbieżność nazw „międzynarodowych” i oryginalnych tajskich. Zwykle takie nazewnictwo jest zbliżone choćby fonetycznie, a tutaj ni w ząb. Podczas całej wycieczki pan Dawid zwracał nam uwagę na takie rzeczy. Weźmy sam Bangkok – krótka nazwa tajska (oczywiście w transkrypcji na alfabet łaciński): Krung Thep (miasto aniołów) czyli w zasadzie Los Angeles… Nazwa pełniejsza: Krung Thep Maha Nakhon (miasto aniołów, wielkie miasto). Do Bangkoku nadal daleko. No to może odwrotnie: spróbujmy przełożyć fonetycznie na tajski nazwę Bangkok: otrzymujemy coś w rodzaju „tu rosną dzikie śliwki”. Europejscy podróżnicy, nadający w dawnych czasach te nazwy albo brali ciężkie zioło, albo ni cholery nie mogli się dogadać z miejscowymi… To jednak nie koniec nazwy Bangkoku. Pełna nazwa tego miasta jest wpisana do księgi rekordów Guinnessa, jako najdłuższa nazwa miasta na świecie. W oryginale brzmi ona: กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์ (139 znaków tajskich nie licząc spacji). Można sobie skopiować do tłumacza Google i odsłuchać, jak brzmi: 16 sekund gadania cięgiem. W transkrypcji: Krung Thep Maha Nakhon Amon Rattanakosin Mahinthrayutthaya Maha Dilokphop Noppharat Ratchathani Burirom Udom Ratchaniwet Maha Sathan Amon Piman Awathan Sathit Sakkhathattiya Witsanukam Prasit. Po polsku zwyczajnie: Miasto aniołów, wielkie miasto, miejsce pobytu świętego klejnotu Indry (Szmaragdowy Budda), miasto boga nie do zdobycia, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma drogimi kamieniami, bogata w potężne pałace królewskie, równe niebiańskiej siedzibie odrodzonego boga, miasto podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wisznu. Dziecko zapamięta. Tajskie dzieci w szkole mają gorzej, bo muszą się tego nauczyć na pamięć, a większość starych, tajskich słów w tej nazwie dawno wyszła z użycia i nikt ich nie zna.

Wróćmy do knajpy: to był pierwszy nasz posiłek „na mieście” w czasie wycieczki. Bardzo ostrożnie dobieraliśmy potrawy. Wprawdzie nie jestem w tej kwestii przesadnie ostrożny, jednak mając przed sobą 10 dni wycieczki objazdowej i ciągłego przemieszczania się, należy być znacznie bardziej przezornym, niż na przykład będąc na pobycie w hotelu. W hotelu najwyżej człowiek spędzi trzy dni w kiblu i wychodzi, jak nowo narodzony. Na objeździe może być prawdziwy koszmar. Posłuchałem żony: żadnej surowizny, nic nieobrobionego termicznie, żadnych napojów niepochodzących z fabrycznie zamkniętych butelek. Wiele do wyboru nie zostało. Najgorzej z piciem. Według mnie, wodę piją tylko kopytne (i to te pospolite, bo przecież szlachetny koń Zorro pił wyłącznie tequilę). Surowe soki odpadają, a wszystkie butelkowane napoje Tajowie słodzą tak, że zatrzymują mi się na zębach. Pozostało mi tylko tajskie piwo. Słabe i kiepskie, ale dla mnie to nawet lepiej. W ogóle nie przepadam za piwem, ale w życiu nie wypiłem go tyle, ile na tym wyjeździe. Zwyczajnie nic innego do picia nie było. Przyswoiliśmy obiad i z barki-restauracji przeszliśmy bezpośrednio do łodzi, która miała nas zabrać na przejażdżkę (przepływkę?) po kanałach Bangkoku czyli khlongach. Rzeka Chao-Praya od zawsze koncentrowała wokół siebie życie miasta. Potem dobudowano sieć kanałów, przy których Wenecja to makieta dla dzieci. Przez lata był to jedyny rodzaj miejskiej komunikacji i transportu towarów. Dzisiaj Bangkok przenika gęsta sieć ulic i wielopasmowych, napowietrznych estakad (jedne i drugie potwornie zakorkowane), ale życie nad kanałami pozostało. Tyle, że teraz nad brzegami nie mieszkają bogaci kupcy, a w większości biedota i ludność napływowa przybyła z obszarów wiejskich. Wielkie obszary Tajlandii są od wieków regularnie nękane powodziami i wylewami rzek. Ludność przywykła do tego w takim stopniu, że na wsi buduje się już jedynie domy na palach. Nawet tam, gdzie powodzi nikt nigdy nie widział. Taka architektura. W sumie praktyczna, bo życie codzienne toczy się w przewiewnym cieniu pod domem, a na górę czyli do domu wchodzi się tylko spać. A i to nie zawsze. Tak mieszkają wszyscy poza miastami. Problem z przyjezdnymi ze wsi do Bangkoku polega na tym, że nie widzą różnicy między wodą w rzeczkach ich rodzinnych stron, a kanałach Bangkoku. A różnica jest. Powiedziałbym, że zasadnicza. Te lokalne rzeczki na prowincji są brudne, muliste i pełne syfu, ale przy wodzie w khlongach jawią się niczym butelkowana Perrier po $5 za flaszeczkę. Władze miasta, jak wszędzie na świecie, nie są przychylne ciągłemu napływowi wiejskiej biedoty szukającej w mieście lepszego życia i starają się migrantów zniechęcić różnymi sposobami. Kiedy już ostatecznie godzą się na ich osiedlenie (oczywiście zawsze są to miejsca najtańsze, czyli brzegi kanałów), to doprowadzają im przynajmniej bieżącą wodę w celach sanitarnych, żeby przeciwdziałać epidemiom i innym zarazom. I tu robi się problem. Nieskomplikowany tok myślenia takiego wieśniaka przebiega szablonowo: „Najpierw chcieli się mnie stąd pozbyć na wszelkie sposoby, a teraz jak już się zgodzili, to każą mi pić wodę wyłącznie z tej niebieskiej rurki… Jak nic chcą mnie otruć! Ojciec pił wodę z rzeki, dziad pił i pradziad też – to niby czemu ja mam nie pić?!”. Ponieważ woda w khlongach to naprawdę diabelska mikstura (od ścieków przemysłowych, po zanieczyszczenia biologiczne i zwyczajne ścieki komunalne – takie zbiorowe szambo), to skutki są natychmiastowe i opłakane. Nie pomagają żadne tłumaczenia. Do tych ludzi nic nie dociera. Szpitale fundowane przez rodzinę królewską zwyczajnie nie dają rady. Poza szybkimi, są także skutki długofalowe – ogromne nasilenie wrodzonych wad genetycznych u dzieci. Rodzą się prawdziwe potworki – jest nawet jakaś ekspozycja takich „mutantów” oczywiście już spreparowanych. Nie skusiliśmy się na oglądanie. Co zobaczyliśmy na brzegach kanałów, to widać na kilku zdjęciach. Nie sfotografowałem jakoś tych co bardziej drastycznych miejsc. Tym pouczającym akcentem zakończyliśmy zwiedzanie Bangkoku. Trzeba było zapakować się do autokaru i wyruszyć do Kambodży.

 

Bieda-domki nad Khlongami
Bieda-domki nad Khlongami

Część 2 – Droga do Kambodży

Na szczęście podróż choć długa, nie była nudna – pan Dawid zdecydowanie stanął na wysokości zadania i przez wiele godzin podróży nie wypuszczał mikrofonu z ręki. Właśnie tego wszyscy oczekują od dobrego przewodnika. Opowiadał trochę o tym, co mijaliśmy po drodze, ale i o Tajlandii i Azji południowo-wschodniej w ogóle. Facet wiedział o czym mówi, gdyż w zasadzie większość roku spędza zwykle właśnie w tej okolicy, a w Polsce bywa raczej okazjonalnie. Napomknął nam nawet, że ma żonę Chinkę. Taką prawdziwą – Chinkę z Chin (zapamiętałem, żeby przy nim za bardzo nie jechać na Chińskich turystów, ale okazało się, że on sam po nich zdrowo jechał). Choćby z tego jednego powodu, wie co w trawie piszczy i jak życie się toczy. Co warto opowiedzieć o Tajlandii? No oczywiście: świat duchów. W Tajlandii mieszkają wprawdzie Tajowie, ale przede wszystkim duchy przodków. To nie są jakieś mityczne stwory, o których ktoś słyszał sto lat temu. Z duchami każdy Taj spotyka się co dzień i ich istnienie jest tak oczywiste, jak wszystko, co wokół widać. Przy każdym domu, zakładzie pracy, czy urzędzie państwowym stoją domki dla duchów. Im większy i bogatszy dom, czy ważniejsza instytucja, tym bardziej okazały domek dla duchów się koło niej znajduje. Jest przecież oczywiste dla każdego, że duchy muszą gdzieś mieszkać, żeby nie pałętały się cały czas między ludźmi i nie powodowały niepotrzebnego zamieszania. Jeśli wprowadzasz się do nowo kupionego mieszkania czy domu, wiadomo że czyjś duch już tam mieszka. Pytanie: czyj?! I czy to jest duch dobry, czy zły? Potężny czy słaby, usposobiony przyjaźnie, czy tylko czekający okazji, żeby narobić brudów? Żeby odpowiedzieć na te nurtujące i jakże ważne pytania, wzywa się buddyjskiego mnicha, który posiadł umiejętność kontaktowania się z duchami. Czasem taki wywiad z duchem trwa kilka godzin, ale czasem tydzień. Przez ten czas mnich musi mieć zapewniony spokój i pełne utrzymanie, bo kontakt z duchem (który jest czystą energią) wymaga bardzo wiele wysiłku i energii. Zdarza się, że nie można się z duchem dogadać, bo duch mówi w niezrozumiałym języku, wtedy kłopot podwójny – trzeba szukać mnicha poligloty. Żeby z duchami żyć w zgodzie trzeba im zapewnić dach nad głową i pełne wyżywienie. Dach nad głową organizuje się właśnie w postaci specjalnych domków: niektóre proste, ale bywają naprawdę niezwykle kunsztownie wykonane i bogato zdobione. Są posadowione na kolumnie wysokości około metra. W domkach trzeba duchom zapewnić wikt. W znaczeniu dosłownym. Można tam znaleźć wszystko: od kanapek i owoców, po Coca-Colę w puszkach i napoje wyskokowe. Skąd wiadomo, co lubi duch? To między innymi ma ustalić mnich. Jeśli okaże się, że koło naszego domu pomieszkuje duch dziadka Zenka, to wiadomo, co dziadek lubił – przecież co wieczór wpadał na kielicha! Ale jeśli mieszka u nas też duch babci Hildegardy, to rozsądniej postawić osobny domek z wyszynkiem dla dziadka z tyłu domu, żeby mógł w spokoju walnąć sobie jednego. Przecież cała rodzina wie, że babcia źle znosiła skłonności dziadka do procentów i jeśli teraz jej duch będzie duchowi dziadka znowu ciosał kołki na łbie przy okazji każdego kieliszka, to wnerwiony duch dziadka może nam narobić zdrowych kłopotów, zamiast okazać wdzięczność, że o niego dbamy. Takie sprawy są dla Tajów oczywiste. Kiedy zapytać ich, jak wytłumaczą, że pozostawione dla duchów potrawy i napoje nie znikają, patrzą na pytającego, jak na niedorozwiniętego – przecież duchy są energią i z pozostawionych im wiktuałów wysysają samą energię, pozostawiając tylko nic nie wartą część materialną. Taka wyssana z energii kanapka nadaje się już co najwyżej dla psa. Trochę trudno jest mi powstrzymać się od opisania tego z nutami humoru, ale w Tajlandii nikt nie traktuje tych spraw lekko. Łożą mnóstwo wysiłku, czasu i pieniędzy, żeby dobrze żyć z duchami i nie narazić się na ich gniew. Z tego samego powodu rynek samochodów używanych praktycznie nie istnieje – kto jest stuknięty na tyle, żeby kupić samochód z duchem poprzedniego właściciela?! Istota buddyzmu polega właśnie na tym, że przez całe życie należy zbierać dobrą energię (karmę) i dążyć do oświecenia. Jeśli nie uda się w obecnym wcieleniu, to z pewnością uda się w którymś z kolejnych. Jeśli byłeś wredny, to zebrałeś złą energię i masz, jak w banku, że ona do ciebie wróci. Jak żyłeś, jak świnia, to wiadomo, w jakim wcieleniu się odrodzisz, nie? Pan Dawid poświęcił mnóstwo czasu na obeznanie nas z podstawami religioznawstwa azjatyckiego, jednak ja – zakuty łeb, nie mogę pojąć nawet o chodzi w bajkach opowiadanych przez naszych magików w czarnych sukienkach, więc tym bardziej nie byłem w stanie docenić kunsztu tamtejszych czarnoksiężników. Odpuszczam temat.

Kolejna sprawa z życia Tajów (ale także Khmerów), która mocno wryła mi się w pamięć. Swaty i małżeństwo. Tu są dopiero ciekawe zwyczaje. Obecnie młodzi poznają się już podobnie, jak w reszcie świata – w pracy, w szkole, na jakiejś zabawie. Małżeństwa aranżowane należą już do rzadkości i zdarzają się tylko w naprawdę zabitych dechami, konserwatywnych wiochach. Tak więc młodzi mogą się poznać w dość pospolitych okolicznościach, zaczynają mieć się ku sobie i ostatecznie dochodzą do wniosku, że decydują się spędzić ze sobą życie (albo przynajmniej spróbować). I tu zaczynają się schody. Dla chłopaka. Jeśli obydwoje nie chcą zostać odsądzeni od czci i wiary i przepędzeni na zbity pysk ze swoich rodzinnych domów i nawet okolicy, w której mieszkali, to absztyfikant musi bezwzględnie uzyskać zgodę ojca swojej wybranki na ożenek. Od czego zgoda zależy? Ano głównie od dwóch rzeczy: po pierwsze od przepowiedni, którą na zlecenie ojca przygotuje wynajęty w tym celu wróżbita, po drugie od wpłacenia przez młodego, z góry ustalonej kwoty zabezpieczenia… Wróżbita może opowiadać różne rzeczy o spodziewanym przyszłym zamążpójściu, jednak ojciec przyszłej panny młodej jest zazwyczaj zainteresowany głównie spodziewaną ilością i płcią przyszłych wnuków. Jak w większości społeczeństw prymitywnych (z naszego punktu widzenia), zabezpieczeniem rodziny na przyszłość są dzieci. Dzieci i wnuki, w szczególności chłopaki, są twoją emeryturą. Im więcej ich jest, tym większe oparcie będziesz miał na starość. W Tajlandii czy Kambodży termin „życie rodzinne” nabiera zgoła innego znaczenia, niż u nas. Tam każdy ma w telefonie 200, a czasem i 300 kontaktów samych członków rodziny. I jest to rodzina dobrze znana, z którą nierzadko się spotyka i ma sporo wspólnych spraw. Nie wliczamy w to krewnych, których widziało się raz w życiu z okazji jakiegoś ślubu lub pogrzebu. Tam naprawdę żyje się rodzinnie. Dzieciom nie przychodzi do głowy, żeby wypiąć się na rodziców, kiedy już staną na własnych nogach. Podobno zaczynają zdarzać się takie przypadki, jednak są piętnowane nawet w telewizji, jako coś niebywałego. Tak więc pytanie wróżbity o ilość spodziewanych wnuków bywa ważniejsze, niż na przykład to, czy przyszły zięć będzie dobrze traktował żonę…

No i sprawa najciekawsza: finansowe zabezpieczenie dla panny młodej. Kwestia nie jest uregulowana prawnie, jednak jest przestrzegana zdecydowanie rygorystycznej, niż oficjalne zapisy w kodeksach. Wyjątków od tej reguły nie ma. Otóż kandydat na męża musi rodzicom dziewczyny zapłacić w gotówce z góry równowartość 10-letniego utrzymania swojej wybranki na takim poziomie, jaki ma w domu rodzinnym. Wartość tego „okupu” może być bardzo różna w zależności od statusu dziewczyny. Od kilku do kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Kwota jest ustalana w trakcie formalnych negocjacji chłopaka z ojcem dziewczyny. Dopóki nie zostanie wpłacona, nie ma mowy o ślubie. Po czym najłatwiej, na pierwszy rzut oka, poznać ów status dziewczęcia? Banalnie prosto – po kolorze skóry. Im jaśniejsza, tym wyższy status społeczny (i wyższa kwota zabezpieczenia). Oczywiście ważne jest też wykształcenie dziewczyny, status ekonomiczny rodziny itd. W całej Azji ten kolor skóry kobiety jest zwyczajowym wskaźnikiem jej „atrakcyjności”. Coś jak u nas rok produkcji samochodu – przy sprzedaży nieważne w jakim stanie, czy dobrze utrzymany i zadbany, tylko: – Rocznik, panie, który rocznik?! Tam z dziewczynami to samo: kulawa paskuda z jasną skórą będzie miała trzy razy większe branie, niż śniada piękność. Zabiegi wybielania skóry są jednymi z najpopularniejszych w tej części świata. Nie dziwota, że nie spotkasz Azjatki opalającej się na plaży. Kryją się pod parasolkami, zakładają maseczki, długie sukienki i rękawiczki za łokieć w najgorszy upał. Jak masz ciemną skórę, toś z pospólstwa i wiochy. Jak jasną, to z miasta i wysokiej klasy społecznej. Oczywiście jeżeli córka, to także i mamuśka musi się wybielić, żeby swoim kolorem skóry nie zdradzić, że w mieście to rodzina mieszka od kilku lat, a nie pokoleń. Żeby podtrzymać analogię do samochodów, to wybielanie kojarzy mi się z cofaniem licznika przed sprzedażą. Czysty obłęd. Wracając do finansów pana młodego – wpłacona kwota jest bezzwrotna. Jeśli małżeństwo się posypie, nieważne z czyjej winy, chłopak nie zobaczy ani grosza z wpłaconych pieniędzy. Dlaczego? Z prostego powodu – dziewczyna, która miała chłopaka (nie mówiąc już, że męża, lub jakieś dzieci) jest „spalona”. Nie ma najmniejszych szans, żeby ponownie ktoś się nią zainteresował. Takie są zwyczaje społeczne od setek lat i nic się na to nie poradzi. Zmiany mentalności zachodzą pokoleniami. W Tajlandii jest ogromna ilość małżeństw mieszanych: Tajek z obcokrajowcami i w przeważającej większość to są właśnie te dziewczyny, które są po nieudanym związku „lokalnym”. One nie szukają młodych Europejczyków lub Australijczyków, ale właśnie panów 50+. Z prostego powodu – młodemu zawsze może coś palnąć do łba i dziewczyna znowu zostanie na lodzie, natomiast starszy pan będzie bardziej stateczny i przywiązany do młodej żony, dodatkowo naprawdę dobrze o niego dbającej. Obcokrajowcy w żadnym wypadku nie są zwolnieni z wpłaty zabezpieczenia za pannę młodą. Z tą tylko różnicą, że kwota jest automatycznie potrojona. Z jakiego powodu? Bo jest znacznie większa szansa, że takie mieszane małżeństwo się rozpadnie. Ponadto biały mężczyzna z pierwszego świata jest automatycznie uznawany za bogacza i zwyczajnie stać go na więcej. Jeden ze znajomych naszego przewodnika wdał się w taki związek z Tajką, ale jak to Polak, kombinował żeby „myta” nie zapłacić. Tak się złożyło, że sama dziewczyna nie nalegała, więc mimo przestróg od wszystkich obeznanych z tematem, wypiął się na miejscowy zwyczaj i nie zapłacił (chodziło o całkiem spore pieniądze). Nawet Polacy dłużej tam mieszkający (w tym pan Dawid) doradzali, żeby zapłacił.
– Zapłać chłopie, będziesz miał spokój. Jak nie zapłacisz, dopadnie cię plaga zdychających bawołów.
Uparł się jednak i zrobił po swojemu. Oczywiście wieść o chytrym, bogatym Europejczyku (a dla nich bidny Polak czy bogaty Niemiec, to i tak jeden milioner) rozniosła się po rodzinie panny młodej lotem błyskawicy. Rodzina, jak to rodzina – kilkaset osób, a tak bulwersująca sprawa zmobilizowała nawet dalszych krewnych, więc pewnie zebrało się z tysiąc Święcie Oburzonych. Nie dalej jak miesiąc po ślubie rozpoczęły się wizyty. Codziennie młodą rodzinę odwiedzali jacyś krewni dziewczyny, których właśnie spotkało straszne nieszczęście i prosili nowego, bogatego krewnego o wsparcie finansowe. U nich to nic takiego – wszak został członkiem rodziny, a wszyscy muszą się wspierać. Nie można powiedzieć, żeby ktoś go straszył czy groził. Po prostu nękali go na zabój. Przychodzili rano, wieczorem, za dnia i czasem w nocy. Coraz to nowi krewni w trudnej sytuacji. Facet kończył się nerwowo. Zasadniczo wszystkim krewniakom pochodzącym ze wsi niespodziewanie zdechł bawół i rodzina z dnia na dzień została bez środków do życia. Głodne dzieci, chora babcia bez lekarstw – nędza i tragedia. Jak zamożny Europejczyk mógłby nie wspomóc rodziny w tak strasznej sytuacji?! Tak właśnie wygląda Plaga Zdychających Bawołów. Życzliwi znajomi ponownie wytłumaczyli chłopakowi o co chodzi – zapłacisz rodzinie zabezpieczenie i przy każdej takiej wizycie powiesz:
– Niestety nie mam już ani grosza, bo wszystkie oszczędności zapłaciłem teściowi za moją piękną żonę!
Ostatecznie nie wytrzymał nerwowo i zapłacił „okup”. Nie miał nawet okazji nikomu się tym tłumaczyć, gdyż wszystkie bawoły natychmiast wyzdrowiały, a niektóre nawet zmartwychwstały. Wszelkie inne nieszczęścia także zaczęły omijać familię. Cisza i spokój. Sielanka.

Do zgromadzenia przez pana młodego pieniędzy na „zabezpieczenie” dochodzi jeszcze jeden problem. Wynajęty wróżbita, przy okazji, na podstawie dat urodzenia (bardzo ważny jest dzień tygodnia, na który u nas nie zwraca się uwagi) i innych przesłanek wyznacza optymalną datę ślubu. Obowiązuje tamtejszy kalendarz, więc może to być na przykład „siódmy miesiąc roku małpy”. Jak rok małpy właśnie się zaczął, to masz chłopie siedem miesięcy na zgromadzenie kasy. Jak nie zdążysz, to następny rok małpy może być za 10 lat… Trzeba przyznać, że jeśli kandydat na zięcia podoba się rodzinie i przepowiednia jest pomyślna, to często idą na ustępstwa – na przykład rozłożą chłopakowi kwotę na raty. Ale nie ma zmiłuj – zapłacić trzeba!

Byliśmy już bliżej Kambodży, ale jeszcze jedna ciekawa historia o Tajach, a właściwie mieszkańcach Bangkoku (Bangkokczykach?). Otóż wyznacznikiem statusu w Bangkoku jest posiadanie samochodu. Jeśli chcesz być kimś, musisz mieć samochód i nim jeździć. Mimo, że możesz dojechać do pracy skuterem w kilkanaście minut, a samochodem w 2 godziny (tak się często zdarza), to chcąc zachować swój status musisz jechać samochodem. Będąc na przykład jakimś kierownikiem, nawet nad kilkoma osobami, nie możesz jeździć skuterem. Zostaniesz wezwany przez wyższego szefa i ostro zastrugany za niszczenie wizerunku firmy. Jako kierownik musisz być przykładem dla pracowników, wskazywać im ścieżkę kariery i pokazywać na własnym przykładzie, że ciężką pracą mogą do czegoś dojść (kupić samochód). Jeśli oni jeżdżą skuterami i ty też, to jaki dajesz przykład? Na cholerę mają się starać, skoro po awansie nadal będą jeździć skuterami?! Porażająco logiczne. Obowiązuje zasada: zastaw się, a postaw się. Weź kredyt, zapożycz się, mieszkaj pod mostem, jedz resztki, ale samochód musisz kupić. I najlepiej nowy, żeby nie odziedziczyć z dobrodziejstwem inwentarza nieznanego ducha… Już w Wietnamie mamy przykład skrajnie odwrotnej postawy. Wietnamczycy, jako ludzie praktyczni, pragmatyczni i nierobiący niczego na pokaz, jeżdżą tym, czym jest najszybciej i najwygodniej. Manager wysokiego szczebla, którego stać na mercedesa (i często go ma), będzie jeździł skuterem, bo jest tanio, a przede wszystkim szybko! Nikt się temu nie dziwi, bo każdy myśli tak, jak on.

Na takich pouczających historiach mijała nam droga i ani się obejrzeliśmy, jak dojechaliśmy do granicy Kambodży. Żeby taką granicę w tamtym rejonie świata przekroczyć, trzeba mieć stosowną ilość oświadczeń, zaświadczeń, zezwoleń, wypełnionych druczków, przystawionych pieczątek itd. „Stosowna ilość” oznacza w tym przypadku „mnóstwo”. Tak się składa, że większości z tych druczków chyba nikt, nigdy nawet nie widział na oczy. Oficjalna procedura jest tak ustawiona, żeby była praktycznie nie do przejścia. Przykładowo: Pan Urzędnik po przejrzeniu segregatora twoich dokumentów powie, że brakuje ci wypełnionego druczku nr AZ/18-45C. Grzecznie pytasz, skąd możesz wziąć taki druczek, żeby go pracowicie i zgodnie z najlepszą wiedzą wypełnić. Pan Urzędnik odpowiada, że słyszał kiedyś, iż rzekomo takie druczki można było dostać w kancelarii Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Phnom Penh, a jego dziadek ponoć nawet taki druk widział na własne oczy!
– Tak, oczywiście, Panie Urzędniku, ale żeby się dostać do Phnom Penh, to muszę jakoś wjechać na teren Kambodży!
– No to masz problem! – usłyszysz od Pana Urzędnika. Na szczęście wszędzie przyjmowane są druki zastępcze – takie zielone, z wizerunkami prezydentów Stanów Zjednoczonych. Zastępują z powodzeniem każdy inny dokument i każdą pieczątkę. Dlatego, jeśli w tamtych okolicach uda ci się zostać Urzędnikiem, to praktycznie jesteś ustawiony do końca życia. Ale żeby zostać Urzędnikiem… wiadomo – całe mnóstwo druków!

Nasze biuro turystyczne ma opracowane metody przekraczania granic i umówionych Urzędników, którym przekazuje zawczasu stosowne ilości Druków Zastępczych. Dzięki temu my nie musimy już mieć żadnych druków poza paszportem. Przed granicą zebrano od nas nawet paszporty i otrzymaliśmy je dopiero w Kambodży. Przekraczamy zatem granicę bez zbędnych formalności (i bez paszportów). Jednak musieliśmy zmienić autokar, a naszych waliz nie mogliśmy tachać sami przez całą szerokość pasa „ziemi niczyjej”. Z tajskiego autokaru nasze bagaże zostały przeładowane na rozlatujące się drewniane wózki-samoróbki i następnie przepchane przez granicę przez specjalnie wyselekcjonowanych ludzi. Jak stwierdził pan Dawid: najlepszych ludzi. Najlepszych z najlepszych. Dzięki temu ilość i zawartość naszych walizek nie powinna ulec zmianie podczas przekraczania granicy. Jakoś się udało – najlepsi z najlepszych (przyjąwszy uprzednio stosowną ilość Druków Zastępczych) dostarczyli nasze klamoty do nowego autokaru po Kambodżańskiej stronie i nikt nie stwierdził żadnych braków.

 

Najlepsi z najlepszych
Najlepsi z najlepszych

Pierwsze kilometry przez Kambodżę uświadomiły nam, że Tajlandia to bogaty i dostatni kraj. Tu naprawdę była bieda. Trzeba uczciwie przyznać, że Kambodża to państwo naprawdę ciężko doświadczone przez historię. Od kiedy upadło wielkie imperium Khmerów, którego spuścizną jest właśnie Angkor, wszyscy obcy tu sobie używali. Tajowie, Laotańczycy, Wietnamczycy, Francuzi… Czemu nie dali rady obcy najeźdźcy, to w najnowszej już historii zniszczyli sami Kambodżanie. Nie będę tu pisał historii reżimu Czerwonych Khmerów, ale jest to historia tragiczna. Można powiedzieć, że był to eksperyment socjologiczny na skalę całego narodu przeprowadzony bez żadnej kontroli na milionach żywych ludzi. Eksperyment tragiczny i okrutny. Całkowicie nieudany. Doprowadził do cofnięcia kraju do czasów średniowiecza i to bez przenośni. Wyludniono miasta, zniszczono przemysł, a ludzi osadzono na roli do pracy gołymi rękami. Pozbawiono ich nawet imion – każdy dostał tylko numer. Mogłeś się na przykład nazywać „Brat nr 15698”. Szaleńcy doprowadzili do śmierci milionów i nie pozostawili po sobie nawet zaoranej ziemi. Ziemia owszem została, ale zaminowana. Po rozbiciu reżimu, zlikwidowaniu Demokratycznej Kampuczy (cóż za przewrotna nazwa) i zajęciu kraju przez Wietnamczyków w 1979, Kambodża była najbardziej zaminowanym obszarem świata. Pola minowe drugiej wojny światowej, to przy tym pestka. Samo rozminowywanie trwało lata i pochłonęło tysiące ofiar. Nie skończyło się do dzisiaj. A po tym trzeba było jeszcze odtworzyć państwo, które zwyczajnie nie istniało. Wietnam przekazał władzę Khmerom (ale już nie czerwonym) i wycofał się z Kambodży. Przynajmniej militarnie, bo gospodarczo został… Chociaż kraj się rozwija, to jednak pod koniec XX wieku startował z poziomu plemion myśliwsko-zbierackich. Dużo jeszcze przed nimi. Asfaltowa droga, którą jechaliśmy, to jedna z KILKU istniejących w Kambodży. Kolej w ogóle nie istnieje. Kiedyś Francuzi zbudowali jedną linię, ale została zaorana. Podobno szykują się, żeby ją odbudować. Cały transport jest wyłącznie wodny i samochodowy. Paliwa brakuje. Na stacjach benzynowych praktycznie go nie ma. W tej sytuacji kwitnie oczywiście czarny rynek – paliwo przemycone z Tajlandii jest sprzedawane (bez żadnego krycia się) wzdłuż dróg, między innymi tej, którą jechaliśmy. Na wózkach i straganach wzdłuż drogi stoją tysiące plastikowych butelek po napojach, wypełnione żółtą cieczą. To są prywatne stacje benzynowe. W zasadzie po drogach jeżdżą tylko skutery, więc taka forma handlu jest całkiem praktyczna. Nasz autokar, jako pojazd urzędowy, był gdzieś normalnie zatankowany, ale Kambodżanie kupują benzynę na butelki po Coca-Coli. Podejrzewam, że każdy, kto chce dodatkowo zarobić, jeszcze tę benzynę „wzbogaca”. Nawet nie chcę wiedzieć czym. Współczesny silnik na tym nie pojedzie, ale skuter z zeszłego wieku? Spoko.

 

Ulice w Kambodży
Ulice w Kambodży

Gwoli wyjaśnienia, bo zamiennie piszę Kambodżanie i Khmerzy. Khmerzy to nazwa grupy etnicznej stanowiącej ponad 90% ludności kraju. Jest oficjalnie używana i u nikogo nie budzi żadnych złych skojarzeń z reżimem CZERWONYCH Khmerów. Współczesna Kambodża ma niewiele do zaoferowania. Na szczęście dawne pokolenia Khmerów sprzed niemal tysiąca lat, pozostawiły upominek, który teraz jest jednym z najpoważniejszych źródeł dochodów kraju. Oczywiście mam na myśli kompleks Angkor przyciągający w te strony dwa miliony turystów z całego świata rocznie. Przyciągnął także nas, bo co tu ukrywać: słowo-klucz do naszej wycieczki brzmi właśnie Angkor Wat. To dlatego tam pojechaliśmy. Dlatego przyjeżdżają inni i przywożą mnóstwo Druków Zastępczych. Biznes turystyczny związany z Angkorem jest wart dwa miliardy dolarów rok w rok. Kambodża stała się modna. Trzeba się tam pokazać. Pokazują się przywódcy państw: prezydenci, premierzy i koronowane głowy oraz inni celebryci: aktorzy, biznesmeni, znane osobistości. W 2001 roku w Kambodży kręcono zdjęcia do filmu Lara Croft: Tomb Raider z Angeliną Jolie. Po tym pobycie aktorka zaangażowała się w działalność humanitarną i nawet adoptowała kambodżańskie dziecko.

Celem naszej podróży tego dnia było miasto Siem Reap położone w bezpośredniej bliskości świątyń i budowli Angkoru. Jest właściwie jedynym w Kambodży oferującym przyzwoity poziom obsługi turystycznej. Mnóstwo hoteli, w tym drogich i luksusowych, kawiarnie, restauracje, dosyć bogate życie nocne. Enklawa względnego dostatku i akceptowalnego dla przyjezdnych poziomu usług. Nawet stolica kraju – Phnom Penh nie oferuje takich atrakcji, a w nocy życie praktycznie zamiera. Siem Reap jest czynne 24/7. Trafiliśmy do całkiem fajnego hotelu i po krótkim odpoczynku udaliśmy się jeszcze pooglądać nocne życie Kambodży. Zapewniono nas, że także w nocy miasto jest całkowicie bezpieczne. Podreptaliśmy ponad kilometr spacerkiem przez naprawdę gwarne ulice, przyglądając się ciekawie wszystkiemu wokół. Przedziwna mieszanina współczesnego świata, kultur prymitywnych i pospolitej biedy. Z jednej strony ulicy niemal normalny market z produktami globalnych koncernów, z drugiej pieczone gryzonie i insekty na wózkach ulicznych sprzedawców. Morze skuterów i tuk-tuków, gdzieniegdzie nowy Land Rover za sto tysięcy dolców. Kupiliśmy na prezenty i pamiątki drobiazgi, co do których nie zachodziło podejrzenie, że pochodzą z chińskiej fabryki. Postanowiliśmy też wrócić do hotelu tuk-tukiem. Nie, żeby oszczędzić nogi, ale z ciekawości. Kambodżański tuk-tuk to skrzyżowanie skutera i rikszy. Za siodełkiem skutera zamocowany jest zaczep, a do niego dwuosobowa dwukółka z daszkiem dla pasażerów. Półtora kilometra do hotelu – 2$. Nawet mi się nie chciało targować. Mimo późnej godziny, było jednak parno i duszno. Nie poświęcałem do tej pory więcej uwagi pogodzie, bo może nie było tak strasznie, ale to jednak południowo-wschodnia Azja. Człowiek łazi spocony i zmęczony gorącem i wilgotnością i nawet przestaje już na to zwracać uwagę. Chyba najgorzej było w Bangkoku – w mieście zawsze gorąco bardziej doskwiera. Na późniejszych etapach było łatwiej. Przejażdżka tuk-tukiem zapewniła wiatr we włosach, ale ten wiatr nie był chłodny i orzeźwiający. Dopiero w klimatyzowanym pokoju hotelowym mój wewnętrzny wskaźnik temperatury ciała wrócił na zielone pole. Poszliśmy spać, bo następnego dnia punkt kulminacyjny – Angkor Wat.

 

Przejażdżka tuk-tukiem - Taxi za 2$
Przejażdżka tuk-tukiem – Taxi za 2$

Część 3 – Angkor

Nie żebym się czepiał, ale codzienne pobudki o 5 lub 6 rano przez cały objazd zakrawały na czystą złośliwość. Ponieważ w kraju nie należę do rannych ptaszków i nie chodzę do roboty na 5, to sytuacja stała się podwójnie zła. Do i tak bolesnej, 6-godzinnej zmiany czasu doszło kolejnych kilka godzin ze względu na wstawanie dobre 3 godzinki wcześniej, niż w domu. To się akurat zsumowało, więc czułem się jakbym wylądował w strefie czasowej Japonii. Lipa. Niemniej wstać rano trzeba, bo chcemy zdążyć do Angkoru chociaż trochę przed Chińczykami. Ale oni są wszędzie. I zawsze. Na samym początku pan Dawid dostał u mnie parę plusów (które ledwie zniwelowały minusy za konieczność wstawania w środku nocy). Oświadczył mianowicie, że tylko leszcze (i Chińczycy) jadą z samego rana oglądać Angkor Wat. Spójrzcie na mapę i kierunki świata – doradził. Spojrzałem. No jasne – do świątyni wiedzie obecnie jedno wejście od strony zachodniej. Z rana będziemy mieli cały kompleks wprost pod wschodzące słońce. Zdjęcia w tej sytuacji nie wyjdą powalające. Jeszcze pstrykanie pod ognisty zachód słońca ma swoje uroki, ale pod zimny, niebieski świt, ma uroki już jedynie dla profesjonalistów najwyższych lotów, umiejących połączyć to zimne, oślepiające światło z resztą kadru tak, aby wyszła SZTUKA. Nie odczuwałem tego ranka potrzeby robienia sztuki, więc posłusznie zostawiliśmy wieże Angkoru po prawej i udaliśmy się na początek, do małej, zagubionej w dżungli świątyni Ta Prohm. Może warto wyjaśnić, że osławiona Angkor Wat nie jest sama w sobie skończoną całością. Nie jest nawet największym obiektem kompleksu. „Wat” oznacza świątynię. „Angkor” we współczesnym języku khmerskim znaczy Stolica lub Święte Miasto – i w istocie jest stolicą dawnego państwa Khmerów. Angkor Wat to centralna świątynia miasta. Jednak stolica potężnego imperium nie składała się oczywiście z jednej świątyni, ale z mnóstwa okazałych i imponujących kamiennych budowli, z których znaczna część w lepszym lub gorszym stanie zachowała się do dzisiaj. Dodatkowo stolicę Khmerów tworzyło jeszcze większe mnóstwo drewniano-kamiennych domków zwykłych mieszkańców (a było ich milion), a po tych kamień na kamieniu nie został, choć inny ślad został (jeszcze o tym wspomnę). Poza różnymi zabudowaniami w skład kompleksu wchodził jeszcze jeden element, który tak naprawdę leżał u podstaw wielowiekowej potęgi, a w końcu stał się przyczyną upadku imperium. Ten element to niezwykle rozbudowany system wodny składający się z wykopanych kilometrów kanałów i ogromnych, sztucznych zbiorników wodnych. Ten system budzi podziw nawet z punktu widzenia współczesnej inżynierii. To, że zaprojektowano i wybudowano go w czasach średniowiecza, jest czymś nieprawdopodobnym.

Dawna stolica imperium zajmuje obszar ok. 400 km2, a więc duże, współczesne miasto (cała Warszawa ma ok. 500 km2). Obecnie to obszar w znacznej części porośnięty dżunglą, nad którą górują wspaniałe pałace i świątynie wzniesione tysiąc lat temu. Nadal doskonale widoczny (szczególnie z powietrza) pozostaje genialny system wodny. Angkor jest położony na równinie zalewowej Mekongu. To potężna i kapryśna rzeka. Starożytni Khmerzy ujarzmili ją (my do dzisiaj nie możemy okiełznać Wisły), wykopali dziesiątki kilometrów kanałów i sztuczne zbiorniki, w tym dwa pozostające do dzisiaj największymi sztucznymi zbiornikami wody na świecie – tak zwane Barai. Zachodni Barai ma powierzchnię 16 km2, szacuje się, że do jego budowy potrzeba było ok. dwustu tysięcy ludzi. To musiała być spora firma budowlana… W latach i miesiącach obfitych opadów system wodny Khmerów chronił ich przed powodziami i gromadził ogromne ilości wody wystarczające na wieloletnie okresy suszy. Był skonstruowany tak perfekcyjnie, że działał właściwie sam i nie wymagał specjalnego nadzoru. Hydrologiczny majstersztyk. Dzięki niemu zapanowali nad przyrodą. Mogli prowadzić zbiory ryżu trzy lub cztery razy do roku. Dzisiaj, po tysiącu lat bez jakichkolwiek prac konserwacyjnych, te rezerwuary wody nadal nawadniają pola ryżowe Kambodży. Ostatecznie zmiana biegu Mekongu i skierowanie zbyt dużej ilości ludzi do budowy kamiennych pałaców i świątyń, a zbyt małej do utrzymania systemu nawadniania i upraw rolniczych, spowodowało upadek imperium. Jakoś tak znajomo brzmi – czasem wydaje mi się, że ludzkość kompletnie nie uczy się na błędach dawnych pokoleń.

Khmerowie opuścili swoje miasto ok. 600 lat temu. Od tego czasu we władanie przejęła je dżungla. Budowle przetrwały wiele dawnych wojen, a w wielu miejscach noszą też ślady całkiem współczesnej broni automatycznej. Jednak, jak widać na wielu naszych zdjęciach, to właśnie monumentalne drzewa strefy zwrotnikowej spowodowały najwięcej zniszczeń. W wielu miejscach praktycznie zespoliły się z kamiennymi budowlami w nierozerwalną całość. Jeśli usunąć ogromne pnie, pozostałe kamienne konstrukcja natychmiast się zawalą. Jeśli je pozostawić, będą rosły nadal i rozsadzały budowle. Niezły orzech do zgryzienia dla archeologów i speców od zabezpieczenia zabytków. A jest ich tam mnóstwo z całego świata. Obiecałem jeszcze wspomnieć coś o setkach tysięcy zwykłych mieszkańców, którzy zbudowali wspaniałości Angkoru, chronili i żywili wielkie miasto. Nie mieszkali w płacach, a ich domy z drewna i słomy nie przetrwały wieków. O tym gdzie i jak żyli dowiadujemy się dopiero dzięki zastosowaniu współczesnych technologii – skanowanie wielkiego terenu Angkoru lidarem (laserowy radar) z pokładu śmigłowców, ujawniło szczegółowe ukształtowanie terenu skryte pod poszyciem dżungli. Ukazało przebieg starożytnych dróg i zarośniętych kanałów, ślady domostw i wielu małych obiektów. Dzięki pozyskaniu takich precyzyjnych informacji, można było przeprowadzić szczegółowe badania w terenie, które rzuciły światło na życie setek tysięcy średniowiecznych mieszkańców. Zainteresowanych odsyłam do źródeł, bo i tak bardzo dużo już miejsca poświęciłem pisaniu przewodnika po Angkorze. Staram się unikać takich rzeczy, bo profesjonaliści robią to sto razy lepiej. Jednak to, co zobaczyliśmy w kambodżańskiej dżungli sprowokowało mnie do szerszego komentarza. Znudzonych przepraszam.

To był dla nas pracowity dzień. Obejrzeliśmy kolejno świątynię Ta Prohm, wschodnią bramę kompleksu Angkor Thom, świątynie Bajon, Baphuon i Phimeanakas, Taras Słoni, Tars Trędowatego Króla i na sam koniec najwspanialszą z najwspanialszych – Angkor Wat. Cały dzień chodzenia w upale, jednak coraz to nowe, wspaniałe budowle ukazujące się naszym oczom nie pozwalały o tym myśleć. Wszystko można obejrzeć na zdjęciach, a dodatkowo do każdego zwiedzanego miejsca pan Dawid przekazywał nam ciekawe opowiadanie. Dzień mijał bardzo szybko. Kiedy słońce zaczęło chylić się już ku zachodniej stronie nieboskłonu, stanęliśmy przed zewnętrzną fosą Angkor Wat. Sama fosa ma wymiary 1,5 na 1,3 kilometra i jest szeroka na dwieście metrów. To nie europejska rynna, którą można było przekroczyć prowizorycznym mostkiem. Angkor Wat od momentu wybudowania do dzisiaj pozostaje największym obiektem sakralnym na świece. Przekroczyliśmy fosę przez zachodnią groblę mając przed sobą ogromny, zewnętrzny pierścień murów, a nad nim widoczne z oddali pięć wspaniałych wież świątyni wewnętrznej w kształcie pąków lotosu. Od początku grobli do serca świątyni jest niemal kilometr. Na rozległym terenie pomiędzy zewnętrznym i wewnętrznym pierścieniem murów, po obu stronach głównej drogi (zarezerwowanej niegdyś dla najwyższych kapłanów i koronowanych głów) stoją tzw. Świątynie Literatury. Dwa niewielkie budyneczki, w których gromadzono pełną dokumentację budowy. Khmerzy byli w tym bardzo skrupulatni. Oczywiście żadne zapisy na nietrwałych materiałach się nie zachowały, jednak wiele informacji wyryli także na kamiennych płytach i ścianach. Dzięki temu wiemy dzisiaj ilu ludzi brało udział w budowie, ile i jakich zużyto materiałów, jak długo trwała budowa i ile pochłonęła środków. Takie „świątynie literatury” wznosili przy wielu swoich budowlach. Minęliśmy dwa wewnętrzne rezerwuary wody (mieli chyba na tym punkcie lekka obsesję) i stanęliśmy przy środkowym pierścieniu murów. Poza funkcją czysto praktyczną, ten prostokąt murów jest jedną z największych galerii sztuki na świecie. Całą jego długość, czyli dziewięćset metrów, zdobi nieprzerwany pas reliefów. Płaskorzeźby nie były robione „na metry”. Przedstawiają dwadzieścia tysięcy postaci wyrytych z wyjątkową precyzją i dbałością o szczegóły. Żadne z przestawionych osób się nie powtarzają, każda jest oryginalna. Całość przedstawia epizody z Ramajny i Mahabharty – hinduistycznych eposów. Jednak w wielu miejscach można znaleźć sceny z życia królów, słynnych dowódców i ogólnie życie dworskie. Niegdyś pomalowane żywymi kolorami, dzisiaj są już tylko szarymi, kamiennymi płaskorzeźbami. Nadal robią zachwycające wrażenie. Obejrzeliśmy z uwagą kilkaset metrów tego średniowiecznego „filmu”. Ostatecznie przekroczyliśmy ostatni, trzeci, wewnętrzny prostokąt murów i przed nami ukazała się świątynia wewnętrzna – owych najlepiej rozpoznawalnych, pięć wspaniałych, kamiennych wież, całych okrytych rzeźbami i innymi zdobieniami. Choć tak naprawdę w narożnikach wewnętrznego pierścienia murów stoją kolejne cztery wieże, nieco mniejsze i niższe. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie Chińczycy. Teren Angor Wat (i tysięcy innych światowych zabytków) wygląda pięknie i malowniczo tylko na filmach BBC i NG. Taka ekipa filmowa ma wystarczającą siłę przebicia, żeby wywalić z filmowanego obiektu wszystkich zwiedzaczy (w tym Chińczyków). Robią piękne zdjęcia i filmy, na których jest to, co ma być, a nie morze głów i kolorowych T-shirtów. Próbowałem namówić strażnika, żeby wszystkich wywalił na żółty pysk, bo jestem tajnym fotografem National Geographic i chcę zrobić tajne zdjęcia, ale nie miałem wystarczającej ilości druków zastępczych, żeby go przekonać. Ostatecznie udało mi się jednak wyczekać kilka momentów, kiedy żółte człowieki rozeszły się trochę na boki i kilka zdjęć zrobić. Część naszej grupy stanęła w kolejce do wejścia na górę centralnej części świątyni. Trochę tego nie rozumiałem, bo przewodnik dał nam godzinę wolnego czasu, a gołym okiem było widać, że sama kolejka była na ponad dwie godziny stania. Ale czy ja wszystko muszę rozumieć?

 

Świątynia Wewnętrzna
Świątynia Wewnętrzna

Na szczęście Angor Wat jest tak wielki, że nawet żółtków wystarczyło tylko do zapełnienia wewnętrznego dziedzińca. Szybko zorientowałem się, że w sumie jest to najgorsze miejsce do fotografowania. Po pierwsze przez ten rozwrzeszczany, kolorowy tłum, po drugie przez beznadziejną perspektywę. Żeby z tego miejsca objąć świątynię musiałem użyć ultra-szerokokątnego obiektywu, a taki obiektyw uniesiony dodatkowo wysoko do góry powoduje, że wszystkie uwiecznione obiekty „walą się” do środka zdjęcia. Nawet w cyfrowej obróbce trudno potem taką pochyloną perspektywę choć trochę wyprostować. A jak na siłę wyprostujesz, to zdjęcie i tak wygląda nienaturalnie. Na szczęście żółtasy fotografujące telefonami (tfu!), nie mogły tego pojąć i kłębiły się u podnóża wież Angkoru. Poprowadziłem Iwonkę krużgankami wzdłuż murów ku kolejnym przejściom na zewnątrz. Im dalej od środka byliśmy, tym lepszy mieliśmy plan do zdjęć i tym mniej ludzi było wokół. Ostatecznie wydostaliśmy się po południowej stronie na rozległy teren pomiędzy zewnętrznym (przy fosie) i środkowym pierścieniem murów. Pusto. Cicho. Ciepłe światło zachodu i złocące się w nim tysiącletnie wieże Angkor Wat. Jak się ruszy głową, to nie trzeba być tajnym wysłannikiem wielkiego magazynu, żeby zrobić zdjęcia. Zrobiliśmy. I jestem z tego bardzo zadowolony. Spacerkiem szliśmy w stronę zewnętrznych murów. Szliśmy do południowego, a nie centralnego przejścia, więc wokół naprawdę było pusto. Mogliśmy w spokoju podziwiać kunszt budowniczych sprzed tysiąca lat. Widok był urzekający. Próbowałem wyobrazić sobie to miejsce w chwilach świetności imperium. Choć może dobrze, że te chwile minęły, bo nikt by mnie tam nie wpuścił (chyba że do roboty). Kilkaset metrów w prawo od nas, po centralnej drodze łączącej główne wejście ze świątynią, płynęła nieprzerwana rzeka ludzi. Tu gdzie byliśmy, nie było nawet słychać ich gwaru, a widok z boku był nieporównanie lepszy. Patrząc centralnie, widać tylko trzy wieże świątyni, my mieliśmy wspaniały widok na całość. Owczy pęd, do bycia w stadzie nie popłaca. Natura samotnego wilka często przynosi korzyści.

 

Pierścień zewnętrzny Angkor Wat
Pierścień zewnętrzny Angkor Wat

Spokojnie stawiliśmy się o wyznaczonej porze w miejscu zbiórki. Ci, którzy stanęli w kolejce nie zdążyli ani nic zobaczyć, bo biegiem wracali do autokaru przez tłum Chińczyków, ani nie weszli na górę, bo oczywiście nie zdążyli. Niemniej nie psułem nikomu humoru chwaląc się swoim niezaprzeczalnym geniuszem :). To był jedyny moment całej wycieczki, kiedy dwie turystki z naszej grupy nie stawiły się w porę do autokaru. Dawid wykazał się stoicką cierpliwością, czekając dodatkowe 15min i szukając pań po okolicy z kambodżańskim przewodnikiem Za Dukiem (tak się nazywał – Za Duk…). Nie znaleźli i pojechaliśmy. Zadzwoniły po kilku minutach, że „straciły poczucie czasu”. Nie ganię ich za to – w Angkor Wat można stracić. Mam tylko nadzieję, że nie stały w tej kolejce… Dostały polecenie wrócenia do hotelu tuk-tukiem. Gapowate kosztuje, choć w tym przypadku niedrogo. Wieczorem poszliśmy jeszcze na krótki spacer po głównej turystycznej arterii Siem Reap.

Część 4 – Jezioro Tonle Sap i Phnom Penh

Dzień kolejny był teoretycznie wolny, ale dla chętnych rejs po jeziorze Tonle Sap i zwiedzanie kilku kolejnych (mniej uczęszczanych) budowli dawnego imperium. Nie po to lecieliśmy 8500 km, żeby teraz siedzieć w hotelu, więc wcześnie rano siedzieliśmy już w autokarze. Tonle Sap, to największe jezioro południowo-wschodniej Azji. W porze suchej zajmuje 2% powierzchni Kambodży. W porze deszczowej 10%. Mówiąc krótko – „rośnie” pięciokrotnie. Aktualnie od wielu lat trwa susza, i jezioro jest małe (stosunkowo). Cechą charakterystyczną Tonle Sap są pływające wioski. Tysiące biednych ludzi, których po prostu nie stać na kawałek własnej ziemi, mieszka na wodzie. Poza tym, że na brzegach jest mnóstwo domków na palach, to na samej powierzchni jeziora, na tysiącach łodzi, barek tratw i przeróżnych samoróbek unoszących się na wodzie, mieszkają całe wielopokoleniowe rodziny. Mają tam pływające „ogródki”, widzieliśmy nawet psy (nie wyglądało, żeby były przeznaczone na kiełbasę). Jest pływająca szkoła i pływający kościół (z krzyżem, więc zapewne katolicki, dla wiernych o wietnamskich korzeniach). Bardziej przedsiębiorczy założyli pływające sklepy i bary, bo coraz więcej turystów pojawia się na Tonle Sap. Jednak pływające „domki” zwykłych ludzi wyglądają potwornie biednie. Wszystko to robi przygnębiające wrażenie. W takich miejscach człowiekowi robi się zwyczajnie nieswojo, a czasem wręcz wstyd, że jest stosunkowo dobrze sytuowany. Przynajmniej niektórym się robi – tym którzy mają w sobie dosyć wrażliwości. Mi się zrobiło. Dla ludzi, którzy z pływających lepianek się do nas uśmiechali, nasza motorowa łódź była pełna samych Billów Gatesów.

 

Wioski na wodzie
Wioski na wodzie

Jednak, jak opowiedział nam Dawid, nie wszyscy cechują się choćby szczątkową wrażliwością na ludzkie nieszczęście. Jest mnóstwo takich, którzy jeszcze żerują na biedzie i nieświadomości tej pływającej społeczności. Największym marzeniem ludzi z jeziora, jest wydostać się z wody i mieć choćby skrawek własnego „suchego lądu”. Bywają niestety bezlitośnie oszukiwani i wyzyskiwani przez podłych złodziei. Najpodlejszych z podłych. Znane są przypadki, „urzędników państwowych”, którzy pojawiali się na jeziorze i proponowali zakup państwowej ziemi na suchym lądzie za dosyć atrakcyjne ceny. Działek małych i nieatrakcyjnych, ale na własnej, suchej ziemi. Niektórzy z mieszkańców jeziora przeznaczali na zakup takiej działki oszczędności całego życia, czasem zbierały się całe rodziny i kilka pokoleń. Dostawali stosowne papiery i pozwolenia, budowali jakiś biedny domek i szczęśliwi mieszkali. Kilka lat. Aż pojawiał się prawdziwy państwowy urzędnik z zapytaniem, jakim prawem tu mieszkają. Oczywiście pokazywali swoje „dokumenty” i „tytuły własności”, które okazywały się nic niewartymi druczkami z taniej drukarki. Po czym biedota z jeziora miała to poznać? Dla nich każdy papier z czerwoną pieczątką to niemal relikwia. „Urzędnik”, który im ziemię „sprzedał” nigdy żadnym urzędnikiem nie był i nikt o nim nie słyszał. Eksmisja z powrotem na jezioro. Są pewne rzeczy, za które powinno się zabijać bez sądu. Takie oszustwo na jednych z najbiedniejszych ludzi na ziemi, to właśnie jedna z takich rzeczy. Pozostawiam bez komentarza. Jedna z pływających wiosek jest na naszych zdjęciach. Warto zwrócić uwagę, na jak wysokich betonowych palach posadowiony jest radiowy maszt przekaźnikowy. To daje wyobrażenie, jak ogromne bywają różnice poziomu wody w jeziorze.

 

Bezpieczna wyskość
Bezpieczna wyskość

Reszta tego dnia to zwiedzanie Banteay Srei (Twierdza Kobiet) i świątyni Banteay Samre. Twierdza kobiet, to obiekt mały i kameralny. Nieoblegany przez turystów, za to doskonale zachowany. Tysiącletnie budowle wyglądają na niemal nienaruszone zębem czasu. Piękne rzeźby, reliefy i zdobienia architektoniczne wyglądają, jak wykonane kilka lat temu. Całość przypomina trochę makietę Angkor Wat. Jest wszystko łącznie z fosą, tylko piętnastokrotnie pomniejszone. Wszystko bardzo ładne i daje poczucie bliższego „obcowania” z dawnymi twórcami, niż wielka i nieco „komercyjna” Angkor Wat. Banteay Samre to niewielka świątynia, jak setki innych. Dlaczego akurat do niej pojechaliśmy? Bo nikt inny nie jeździ. Jednak mieliśmy niezwykłego pecha – na miejscu była jakaś nieliczna (ale jednak) grupa Chińczyków. Dawid soczyście sklął główne bóstwo świątyni (już nie pamiętam jakie) i zapowiedział mu, że nie będzie żadnych więcej turystów z Polski i żadnych ofiar ku czci! Umowa była na wyłączność. Jak są skośnoocy, to umowa jest nieważna! Kropka! Trzasnąłby drzwiami, ale w tysiącletnich, kamiennych framugach żadnych nie było.

 

Banteay Srei - Twierdza Kobiet
Banteay Srei – Twierdza Kobiet

Tego wieczoru został nam jeszcze pokaz ludowych tańców khmerskich połączony z lokalną kolacją. Kolacja była bardzo dobra, a tańce wyglądają trochę jak balet puszczony w zwolnionym tempie. Przynajmniej mi tak się skojarzyły. Niezwykle ozdobnie ubrane i w mocnym makijażu tancerki poruszały się bardzo wolno wyginając w charakterystyczny sposób (w tę nienaturalną stronę) palce dłoni. Podobno niektóre ćwiczą do tego paluszki już od wczesnego dzieciństwa. Niezwykle powolny taniec wytłumaczyłem sobie tym, że w dawnych czasach nie było klimatyzowanych sal, a wywijanie obertasów w podzwrotnikowym klimacie to nie jest dobry pomysł. Kto by potem chciał gadać z taką tancerką spoconą, jak kobyła po wielkiej pardubickiej?

 

Tradycyjny taniec Khmerski
Tradycyjny taniec Khmerski

Dnia następnego opuszczamy już turystyczne Siem Reap i jedziemy do stolicy kraju – Phnom Penh. Podróż przez Kambodżę daje nam dalszy ciąg znanego już obrazu biedy. Pola ryżowe, wieśniacy pracujący z nogami w wodzie i głowami w słońcu (jak ryż), domki na palach, przydrożne stacje benzynowe z butelkami po coli, stare, zdezelowane skutery, a na nich po 5 osób… Nie przelewa się. A jedziemy przecież najgłówniejszą drogą, łączącą dwa największe miasta Kambodży. Jak jest w głębi kraju na prowincji? Nie muszę wiedzieć. I tak widziałem już pływającą wioskę. Wystarczy mi. Z tego odcinka drogi warto wspomnieć zabytkowy, kamienny most Preah Tis. W średniowiecznej Kambodży były tysiące takich mostów. Po wojnach i pożogach został ten jeden. Aby zachować go przed zniszczeniem, został całkowicie wyłączony z ruchu samochodowego. Tylko piesi, rowery i skutery. Jeszcze jedna „atrakcja” utkwiła mi w pamięci i na karcie aparatu fotograficznego. Przydrożny zajazd oferujący, poza owocami, specyficzne przysmaki. Osobiście hołduję zasadzie, że wszystko, co ma więcej niż cztery nogi należy zabić natychmiast po dostrzeżeniu. Kambodżanie w zasadzie zgadzają się ze mną, jednak rozszerzyli moją regułę: „wszystko, co ma więcej, niż cztery nogi trzeba zabić, upiec i zjeść”… Proszę pooglądać zdjęcia. Ja nawet na własnych zdjęciach z trudem na to patrzę.

 

Zabytkowy most Preah Tis
Zabytkowy most Preah Tis

Do Phnom Penh dotarliśmy w południe. Pierwsze wrażenia? Miasto, w którym mieszkają i pracują ludzie, jednak pozbawione jakiegoś specjalnego uroku, czy „duszy”. Przynajmniej ja nie zauważyłem. Trochę pokazowych, szerokich arterii. Mało samochodów, dużo skuterów. Phnom Penh leży nad Mekongiem, jednak Kambodży na razie nie stać na most (nawet w stolicy), więc miasto leży tylko na zachodnim brzegu. Praktycznie rzecz biorąc jedyny most z prawdziwego zdarzenia na Mekongu w Kambodży to Neak Loeung. Przejechaliśmy nim następnego dnia jadąc do Sajgonu. Ufundowali i wybudowali go Japończycy. Chyba z litości i dobrego serca. Całe szczęście, bo przed 2011 rokiem musielibyśmy przekraczać Mekong promem. A określenie „kambodżański prom” budzi duży niepokój. Natomiast „japoński most” nie budzi żadnego. Na początek zobaczyliśmy centralną buddyjską świątynię Wat Phnom. Jest stosunkowo mała, ale stara (z 1373r) i stoi na stromej 27-metrowej górce. Trzeba wejść po schodach. Koło świątyni przywitała nas małpa. Tak normalna, znaczy z ogonem. W ogóle spodziewałem się zatrzęsienia małp na tej wycieczce, a tymczasem była tylko ta jedna i to w środku dużego miasta. Gdzie reszta? Zjedli młodszych braci? Świątynia bez szerszego komentarza. Zostało kilka zdjęć.

 

Świątynia Wat Phnom
Świątynia Wat Phnom

W następnej kolejności był Pałac Królewski. I tu wyszło od razu, że kraj (czytaj obywatele) nie musi być zamożny, żeby pałac królewski budził wielki podziw. Powiedzieć, że „na bogato”, to nie oddaje istoty sprawy. Pałac przepiękny, zadbany i dopieszczony w każdym szczególe. Poezja. A na most kasy nie ma. Z Pałacu Królewskiego pojechaliśmy do bardzo przygnębiającego miejsca. Więzienie S-21 (Toul Sleng), to jedno z miejsc upamiętniających zbrodnie szalonego reżimu. Oficjalnie: „Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng”. Więzienie S-21 to dawna szkoła średnia zamieniona w miejsce kaźni, tortur i eksterminacji. Nawet nie wrogów reżimu, ale każdego kto znalazł się tam czy to przez anonimowe oskarżenie, czy przez przypadek lub pomyłkę, czy w ogóle bez żadnego powodu. Na wszelki wypadek winny był każdy. A najbardziej winni byli ci, którzy mieli jakiekolwiek, choćby podstawowe wykształcenie. Wystarczyło się przez przypadek zdradzić, że umie się czytać. Kula w łeb. To jak miałeś szczęście, bo mogło być znacznie gorzej. Wysłuchaliśmy sporo historii o tym miejscu. Nie chcę ich powtarzać. Wspomnę tylko, że komendantami mającymi władzę absolutną nad życiem i śmiercią tysięcy więźniów często byli nastoletni chłopcy z całkowicie wypranymi mózgami. Przychodziły im do głowy rzeczy z pogranicza paranoi, szaleństwa i psychodelicznych snów narkomana. Kiwnęli palcem i ludzie szli na śmierć lub wymyślne tortury. W takim obozie, samobójstwo było luksusem, którego bardzo starannie wszystkim broniono. Nawet nad własną śmiercią nie miało się władzy. To szalony nastolatek decydował kiedy i jak zginiesz. Z siedemnastu tysięcy więźniów wiadomo o dwunastu ludziach, którzy przeżyli. Na nocleg zatrzymaliśmy się w nowoczesnym, dość wysokim hotelu. Phnom Penh nie jest miastem drapaczy chmur, więc z tarasu na 15 piętrze mieliśmy panoramę na prawie na całe miasto. Dziwnie wyglądają światła dużego miasta na brzegu rzeki, podczas kiedy na drugim brzegu panuje kompletna ciemność.

 

Srebrna Pagoda w Pałacu Królewskim
Srebrna Pagoda w Pałacu Królewskim

Część 5 – Świątynia Cao Dai i tunele Cu-Chi

Wcześnie rano (jak zwykle, cholera), wyruszyliśmy w drogę do Sajgonu w Wietnamie. Kiedy tylko wyjechaliśmy z centrum na przedmieścia Phnom Penh, charakter miasta natychmiast się zmienił. Szerokie (choć pustawe) arterie centrum zamieniły się w ulice dziurawe, zakurzone, żwirowe lub zgoła gruntowe. Za to ruch skuterów zgęstniał. Od razu widać, że ścisłe centrum jest dla władzy, obcokrajowców i na pokaz. Prawdziwe, choć biedne życie toczy się wokół. Niestety na granicy kambodżańsko-wietnamskiej nie ma już takich cudów, jak pomiędzy Tajlandią i Kambodżą. Wietnam wydaje się dużo bardziej cywilizowany (z naszego punktu widzenia) i sformalizowany. Każdy musiał zabrać swoje manele, normalnie przejść kontrolę paszportową i załadować się do nowego, wietnamskiego autokaru. Poszło w miarę sprawnie. Jednak nie jedziemy wprost do Sajgonu (przepraszam, do miasta Ho Chi Ming). Po drodze mamy dwa ciekawe punkty zwiedzania.

Po pierwsze świątynia Cao Dai. Kaodaizm to religia synkretyczna – czerpiąca różne elementy z innych religii. W tym przypadku buddyzmu, chrześcijaństwa, taoizmu i konfucjanizmu (kupa trudnych słów w jednym zdaniu). Taki miszmasz. Twierdzą, że wszyscy przed nimi eksperymentowali i coś tam powymyślali, ale to dopiero oni połączyli do kupy prawdziwe klocki i są ukoronowaniem poprzedników. Tradycyjnie nie komentuję i nie zabieram głosu na temat wierzeń, bo jak kto nie ma prawa jazdy, to nie powinien robić za motoryzacyjnego eksperta. Pan Dawid za to miał kolejną okazję, żeby się spełnić i dobre pół godziny objaśniał zasady, którymi kierują się wyznawcy Cao Dai. Szału nie ma, bo jest ich dwa i pół miliona całego inwentarza, z czego ogromna większość w Wietnamie.. Podobno w czasach rozkwitu (lata 60-te XX wieku) konkurowali w południowym Wietnamie z chrześcijaństwem, ale lata rozkwitu minęły. Cała sprawa nie budziła w autokarze mojego wielkiego zainteresowania, ale podjechaliśmy właśnie do samej najgłówniejszej świątyni kaodaistów, więc wziąłem aparat i poszedłem zobaczyć i sfotografować ichni Watykan. Muszę szczerze powiedzieć, że tak wesołej i kolorowej świątyni jeszcze nie widziałem. Całe wnętrze w rzeźbach, witrażach i malowidłach – węże, kwiaty, smoki i przeróżne inne straszydła, a wszystko tak obłędnie jaskrawe i kolorowe, że ciemne okulary bardziej wskazane w środku, niż na zewnątrz. Bankowo mają stały abonament i zarąbisty rabat w najbliższej hurtowni z farbami. Mieliśmy farta, bo wewnątrz akurat trwało nabożeństwo. Pozwalają, więc weszliśmy bocznym wejściem zachowując względną ciszę, żeby przyjrzeć się obrzędom. Wiernych może nie zatrzęsienie, ale za to wszyscy w białych szatach i rozstawieni idealnie w równiutkich rzędach i szeregach, żeby ładnie wyglądało. Jak wojsko na placu musztry, tylko nie stali, a siedzieli po turecku. Z kolei kapłani w szatach kolorowych, ale każdy w jednym kolorze: kilku żółtych, kilku niebieskich i kilku czerwonych. Świątynia, jak reklama kolorowej drukarki, ale oni całkowicie monochromatyczni. Całość wyglądała, jak scena testowa to badania jakości odwzorowania kolorów w aparatach fotograficznych. Zrobiłem zatem parę testowych zdjęć – wyszły świetnie. Chcieliśmy przejść na drugą stronę świątyni, ale okazało się, że akurat tego nie można. W świątyni trwały pieśni i modlitwy, a to powodowało, że przez sam środek budynku od ołtarza, przez chór i dalej na zewnątrz kościoła biegł strumień boskiej energii. Gdybyśmy go przecięli mógłby nas uszkodzić. Istotnie zauważyłem, że wierni wewnątrz siedzą po obu stronach, ale na samej podłużnej osi centralnej nie ma nikogo. Może dlatego są w takich idealnych szeregach – żeby się kto przez pomyłkę nie zapałętał na środek i nie został unicestwiony przez promień śmierci? Mają przez środek kościoła coś na kształt przejścia przez ruchliwą autostradę… Dopiero, kiedy po kilku minutach modlitwa ustała, można było przekroczyć niewidzialną barierę. Ostrożnie wysunąłem przed siebie kijek do selfie – wolę mieć krótszy kijek, niż obcięte palce, a cholera wie, czy któryś gość w białej sukience nie mamrotał nadal pod nosem modlitwy, albo nie nucił świętej pieśni… Kijek nie zapłonął ogniem, więc szybko kicnęliśmy na drugą stronę. Zrobiliśmy jeszcze kilka super-kolorowych zdjęć i z powrotem do autobusu i w dalszą drogę.

 

Świątynia Cao Dai
Świątynia Cao Dai

Kolejny przystanek: tunele Cu-Chi. Każdy, kto oglądał jakieś filmy o wojnie w Wietnamie, wie, że cwani Wietnamczycy wykopali sieć podziemnych tuneli, w których mogli się kryć i nękać regularne amerykańskie jednostki. Wyłaniali się znikąd, czasem w środku amerykańskiego obozu, zabijali i znikali pod ziemią. Z kolei, kiedy mieli nad głowami silny oddział, nie mogli wyjść z tuneli tygodniami, aż Amerykanie przenieśli się w inne miejsce. Amerykanie niszczyli tunele (wraz z zawartością) ciężkim sprzętem i potężnymi bombami tektonicznymi, w tym słynną „kosiarką stokrotek” (daisy cutter). Bomba BLU-82, to najpotężniejsza bomba konwencjonalna. Waży blisko 7 ton i powoduje lokalne trzęsienia ziemi, zawalając podziemne tunele i pomieszczenia. Dlaczego „kosiarka stokrotek”? Wojskowe poczucie humoru: była używana jeszcze w innym celu, kiedy trzeba było przygotować w dżungli lądowisko dla śmigłowca (na przykład do szybkiej ewakuacji) – jeden wybuch „kosił” ogromne drzewa na dużym terenie i odrzucał je tak daleko, że tworzył wystarczającą wolną przestrzeń do lądowania helikoptera. Wróćmy do tuneli Ch-Chi: Wietnamczycy nie mogąc stanąć do otwartej walki, rozwinęli w niespotykanym stopniu metody wojny partyzanckiej. Tunele, zasadzki, pułapki – dżungla była tym wszystkim najeżona. Obecnie udostępniony turystom kompleks Cu-Chi, poza samymi tunelami, pokazuje także różne inne aspekty tej walki. Obejrzeliśmy całą wystawę wymyślnych pułapek na ludzi. Są rozwinięciem tych stosowanych na zwierzęta od tysięcy lat, jednak mają jedną charakterystyczną cechę – są tak skonstruowane, żeby okaleczyć, ale nie zabić. Wietnamczycy doskonale zdawali sobie sprawę z politycznego, a nie tylko militarnego wymiaru walki. Zabity amerykański żołnierz, to po prostu kolejna pozycja w wojennej statystyce. Żołnierz okaleczony, który wróci do USA jest wodą na młyn przeciwników wojny w samych Stanach Zjednoczonych. Trzeba go do końca życia utrzymywać, pacyfiści pokazują go w telewizji przekonując coraz więcej Amerykanów do sprzeciwu przeciwko wojnie. Kolejny krzyż na cmentarzu w Arlington nigdy nie zrobi takiego wrażenia, jak żywy, ale dożywotnio okaleczony i cierpiący młody, amerykański chłopak. Takimi metodami Wietnam wygrał tę wojnę. Nie mógł otwarcie wygrać jej militarnie, więc wygrał podstępem i polityką.

Ukryte wejścia do tuneli
Ukryte wejścia do tuneli

Niestety nie ma żadnych szans, żeby osobiście zobaczyć jak wyglądały prawdziwe tunele Vietcongu. Pomijam, czy komuś będzie się chciało czołgać z robalami pod ziemią, czy nie. Bardzo zwyczajnie, prawie nikt z nas nie ma szans się tam zmieścić. Jak wynika ze statystyk Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Wietnamczycy wciąż pozostają najchudszym narodem świata. W latach 70-tych było tak samo. Dobrze o tym wiedzieli, więc rozmiar wejść do tuneli dopasowali do siebie, a nie spasionych Hamburgerios z Ameryki. Z całej naszej grupy tylko jedna drobna dziewczyna zmieściła się w wejściu do tunelu. Inni nawet nie próbowali, żeby się dodatkowo nie ośmieszać. Wejście to prostokątna klapka ukryta całkowicie w poszyciu lasu o wymiarach odpowiednich dla średniej wielkości psa (gdyby mu się chciało wcisnąć do środka). Można przejść po niej i nic się nie zauważy. W dżungli ukryte są wejścia, co nie jest specjalnie trudne, ale także wentylacja, co jest już bardzo trudne. Wietnamczycy palili w tunelach ogień – potrzebowali dla niego sporo świeżego powietrza, ale musieli też wyprowadzić dym, tak żeby nie było go widać. Na wszystko znaleźli sposoby. Otwory wentylacyjne były np. w kopcach termitów. Kiedy Amerykanie sprowadzili psy szkolone do wywąchiwania wylotów powietrza z tuneli, Wietnamczycy pakowali w nie skarpetki poległych amerykańskich żołnierzy. Każda akcja budziła reakcję. Jak się to skończyło, wszyscy wiemy.

Kiedy chodziliśmy po kompleksie Cu-Chi, co jakiś czas słychać było strzały. Takie prawdziwe z broni palnej. Raz głośniej, raz ciszej, ale zdarzały się nawet regularne serie z broni automatycznej. Początkowo myślałem, że to taki efekt, żeby wprowadzić zwiedzających w nastrój wojenny, jednak im bliżej końca wycieczki, tym głośniejsza i bliższa stawała się kanonada. Wojna? Jacyś fanatyczni żołnierze vitcongu wyszli z zapomnianych tuneli i koszą turystów? Ludzie zaczęli się niespokojnie oglądać na siebie. Teraz już strzały słychać było tak głośno, że zaczęliśmy zatykać uszy. Ki czort? Ostatecznie wyszliśmy na teren sporej strzelnicy… Po wojnie (wcale nie tak odległej) wietnamcom zostało kupę wojskowego sprzętu. To cholernie praktyczny naród, więc postanowili zrobić z niego użytek. Akurat od czasu uporządkowania sprawy Czerwonych Khmerów w sąsiedniej Kambodży, nie bardzo mieli do kogo strzelać, więc wpadli na lepszy pomysł. Na prawo od nas, bezpiecznie zamocowane na niewysokim murku czekało na chętnych kilkadziesiąt sztuk broni palnej. Do wyboru wszystko, czym Amerykanie i Wietnamczycy nawzajem wyprawiali się na lepszy świat. Oryginalne amerykańskie M16, kałachy (rosyjskie AK-47), ale także cięższe karabiny maszynowe, niektóre nadal zamocowane na podwoziach amerykańskich Jeepów. Chcesz postrzelać z prawdziwych zabawek dużych chłopców? No problem. Nigdzie na świece, nikt nie da ci do ręki tak niebezpiecznej broni, bez kupy szkoleń, zaświadczeń, zezwoleń itd. (no chyba, że pójdziesz do marketu w Teksasie). Tutaj można bez szkolenia – wystarczy mieć ze sobą portfel :). Jako oferma trwale niezdolna do służby wojskowej (kategoria E), patrzyłem tylko ciekawie z daleka, jak fujary jeszcze gorsze ode mnie rąbały seriami w odległy o ponad 100 metrów nasyp. Były tam jakieś tarcze, ale mało kto trafiał nawet w sam nasyp. Ewidentnie chodziło o samą frajdę i adrenalinę strzelania. Niespodziewanie zauważyłem dziwny błysk w oku żony. Niemożliwe. A jednak… Poszliśmy do części biznesowej, gdzie można było wymienić dolary amerykańskie na naboje. Kurs nad wyraz uczciwy – jeden do jednego. Naboje do cięższych karabinów maszynowych były droższe, ale do osobistej broni strzeleckiej po dolcu. Nie umiem strzelać, ale pewne techniczne pojęcie o broni mam. Wietnamczyk mający ewidentnie duże doświadczenie, potwierdził mój wybór: dla pani M16. Za marne 12$ zakupiliśmy pełny magazynek i udaliśmy się w stronę stanowisk strzeleckich. Wietnamczycy też nie są takimi wariatami, żeby dawać ludziom broń, ostrą amunicję i puszczać ich, żeby sobie postrzelali. Od czasu, kiedy nabyliśmy naboje, mieliśmy już opiekuna. Bardzo sympatyczny Wietnamczyk zaprowadził nas na stanowisko ogniowe. Broń była zamocowana w specjalnych pierścieniach, które uniemożliwiały zwrócenie jej w inną stronę, niż bezpieczny nasyp. Nasz opiekun dał nam słuchawki ochronne, przeładował Iwonce M16, pokazał jak ma się złożyć do strzelania, stanął za nią i przytrzymał ręką za prawe ramię. Wiedziałem dlaczego. Mimo specjalnego zamocowania w murku, taka broń kopie, jak indiański koń. Krzyknąłem jeszcze do żony, żeby mocno przycisnęła kolbę do ramienia, bo inaczej będą siniaki wielkości talerza. Ostanie moje słowa zginęły już w huku wystrzałów. Mimo słuchawek, był ogłuszający. Czy z wojny wszyscy wracają głusi? Iwonka nie strzelała serią, delektowała się utrupianiem wyimaginowanych przeciwników pojedynczymi strzałami. Chyba nawet po kilku pierwszych strzałach panu bogu w okno, zaczęła się zbliżać do tarczy. Ja też wyćwiczonym ruchem podniosłem broń do oka i wycelowałem prosto w żonę. Najpierw kilka szybkich pojedynczych strzałów, potem seria w rozdzielczości 4K i szybkości 30 klatek na sekundę :). Bezbłędnie uchwyciłem wszystko! Nie wiem, czy Iwonka trafiła w tarczę, ale ja w nią na pewno. Dowody zostały na karcie pamięci. Mamy zdjęcia i film, jak wywala cały magazynek ostrej amunicji z amerykańskiego karabinu szturmowego. Bezcenne :).

 

Ostre strzelanie z M16
Ostre strzelanie z M16

Kiedy Iwonka skończyła kosić wrogów i adrenalina zaczęła jej opadać, rozejrzałem się jeszcze wokół. Na widok sporej grupy amerykańskich turystów korzystających ze strzelnicy, naszła mnie pewna refleksja. Ilu z nich zastanawia się, czy karabiny, z których właśnie strzelają, to nie jest przypadkiem ich własna broń? Czy szukają podświadomie jakichś charakterystycznych znaków na kolbach? A ilu uśmiechniętych Wietnamczyków obsługujących strzelnicę, pamięta huk wystrzałów, wybuchy bomb lotniczych i inne okropności wojny? Ponieważ na ogół byli w średnim wieku, to zapewne pamiętają niemal wszyscy. Czy nie tak dawni przeciwnicy ukradkiem patrzą na siebie wrogo? Ależ skąd. Wojna to martwa historia. Zakopana głęboko w ziemi przeszłość. Dawid opowiedział nam o tym parę słów. Kiedyś zapytał znajomego Wietnamczyka, jak toleruje teraz najazd Amerykańskich turystów, z którymi przecież była wojna. Ten się szczerze przeraził:
– Jaka wojna?! Gdzie?! Z Ameryką?!!!
– No tak, przecież zginęło tyle ludzi, walki były tak brutalne…
– Człowieku, co ty mówisz, jaka wojna??!!
– No nie tak dawno się skończyła! Dopiero w 1975 roku!
– Aaaaa, tamta wojna. Ale mnie przestraszyłeś! Kto by myślał o tamtej wojnie?! To tak odległe czasy! Amerykanie to nasi najlepsi przyjaciele. Nasze kraje współpracują politycznie, gospodarczo i na wielu innych płaszczyznach. Po co wygrzebywać takie rzeczy? To relikt odległej epoki. Tak naprawdę walczyły ze sobą dwa mocarstwa i dwa systemy polityczne, my po prostu znaleźliśmy się na ich drodze. Przecież Amerykanie nic nie mieli do nas, to była zastępcza wojna ze Związkiem Radzieckim. My to rozumiemy. Zobacz – senator McCain, który kandydował w wyborach prezydenckich, walczył w tamtej wojnie. Na samym początku jego Phantom został zestrzelony nad Hanoi, a on trafił do obozu jenieckiego, nazywanego przewrotnie przez Amerykanów Hanoi Hilton. Spędził w wietnamskiej niewoli kilka lat. Obecnie jest ambasadorem przyjaźni między naszymi krajami. Bardzo często przylatuje do Wietnamu, pomaga nawiązywać współpracę gospodarczą, bierze udział w różnych wydarzeniach kulturalnych. On nie wraca do tamtych spraw, dlaczego my mielibyśmy to robić? Zadumałem się nad tym, co usłyszałem. Jakże odmienna postawa od naszej (szczególnie polskiej). Oni patrzą w przyszłość i szukają przyjaciół. My ciągle patrzymy w przeszłość i szukamy wrogów… A spróbuj wyrwać się z tego kręgu – natychmiast usłyszysz, że wyrzekasz się polskości i nie jesteś patriotą. To na czym ten patriotyzm ma polegać? Na szukaniu dla kraju dobrej przyszłości, czy na grzebaniu w historii od neandertalczyków począwszy i wyszukiwaniu, komu i co powinniśmy po kres czasu pamiętać? Jeżeli patriotyzm ma polegać na wiecznym wynajdowaniu wrogów, a korzenie narodowe rosną tylko w nienawiści, to przepraszam, ale mam w dupie – nie jestem patriotą.

Jeszcze jedno spostrzeżenie, które uświadomiło mi, że ten naród daleko zajdzie. Mianowicie chodzi o kible… Jeździmy sobie po szerokim świecie, czasem w krajach siódmego świata, czasem pierwszego i to tego z górnej półki – np. Norwegia. Wszędzie sytuacja analogiczna: przy obiektach do zwiedzania toalety damska i męska (czasem z palmowych liści, czasem, jak w pałacu), jednak nie o ilość sedesowych gwiazdek chodzi. Wszędzie powtarza się ten sam schemat: do damskiej toalety kolejka jak po szynkę w PRL-u, w męskiej pusto. Dlaczego tak się dzieje, to temat na pracę doktorską z technik używania toalety, ale intuicyjnie wszyscy znamy odpowiedź. W każdym razie faceci wysikani i chcą lecieć dalej, kiedy ich partnerki dopiero zaczynają się przesuwać w kolejce. Problem nierozwiązywalny przez współczesną naukę. Do czasu, aż zajęli się nim Wietnamczycy. Przy kasach i budynkach administracji kompleksu Cu Chi oczywiście są toalety. Minąłem damską i idę do męskiej. W ostatniej chwili zauważyłem jednak, ze ta męska też jest damska. Kurde! Dawaj nazad szukać prawdziwej męskiej. Aha, w sąsiednim budyneczku. Lecę do sąsiedniego, pędzę do kibelka… Stop! Damski. Ki czort?! Idę z drugiej strony drugiego budynku – jest męski! Uffff. I tu refleksja przy rozpinaniu portek: zrobili TRZY toalety damskie i jedną męską. Nigdzie nie ma kolejki. Kwadratura koła rozwiązana. Brawo oni!

Część 6 – Ho Chi Ming City (Sajgon)

Późnym popołudniem jechaliśmy już przedmieściami Sajgonu. Ruch uliczny to coś nie do opisania. Powoli zapadał zmrok, a wszędzie wokół płynęły strumienie, rzeczki i wielkie rzeki skuterów. Skuterowe tsunami. Wydzielone (i odgrodzone murkiem) szerokie pasy jezdni dla skuterów i obok, wcale nie szersze, dla samochodów. Na skrzyżowaniach nieprzerwane rzeki motorków zdają się ze sobą krzyżować w jakiś magiczny sposób. Powinni zderzyć się wszyscy ze wszystkimi, a oni się po prostu nawet nie mijają, ale wręcz przenikają. Dawid wyjaśnił, że tu na skuterach jeżdżą wszyscy od kołyski. Jazda skuterem jest naturalna jak oddychanie. Dla nich to takie szybsze chodzenie. Przecież na chodnikach nie mamy wyznaczonych pasów ruchu, a nie zderzamy się z innymi przechodniami. Bo chodzenie mamy instynktownie opanowane do perfekcji. Oni też. Z tym, że „chodzenie na skuterach”. Patrząc z autokaru na ten sajgon, zrozumiałem skąd wzięło się to powiedzenie.

 

Wieczorny ruch w Sajgonie
Wieczorny ruch w Sajgonie

W hotelu trafiliśmy dwupokojowy apartament, ale nie ma się z czego cieszyć, bo to i tak tylko jedna, krótka noc. Na Sajgon, mamy bardzo mało czasu. Mimo zmęczenia chcemy jeszcze zobaczyć Sajgon nocą, więc wychodzimy z hotelu i bacznie obserwując mapę na telefonie zagłębiamy się odrobinkę w miasto. Szczęśliwie hotel mamy blisko popularnego, turystycznego deptaku Nguyen Hue. Ucinamy sobie spacerek wśród tysięcy turystów i miejscowych. Mimo wilgotnego skwaru, miasto żyje pełną piersią. Na deptaku tłumy ludzi, na ulicach tłumy skuterów. Wysokie wieżowce, fontanny, hotele i sklepy – wszystko pięknie, kolorowo oświetlone. To jest kraj, który ledwie czterdzieści lat temu został obrzucony taką ilością bomb, że naprawdę trudno było znaleźć kamień na kamieniu. Pancerne walki na lądzie i w miastach, naloty dywanowe, ataki napalmem i nie ma co ukrywać, także bronią chemiczną – niesławny Agent Orange. Podobno jeszcze całkiem niedawno wszystko tu wyglądało jak w typowym kraju socjalistycznym, tylko biedniej. Ślad po tym nie został. Ponoć dalej panuje socjalizm, tylko nikt nie wie gdzie i na czym właściwie polega. Jest pełna swoboda robienia interesów. A naród jest bardzo przedsiębiorczy, niezwykle pomysłowy i zaradny, a przede wszystkim obłędnie pracowity. Bardzo niebezpieczna mieszanka cech. Niebezpieczna dla innych, bo Wietnam rozwija się w imponującym tempie. Daleko zajdą. Prawdą jest chyba stwierdzenie, że XIX wiek należał do Europy, XX do Ameryki, a XXI będzie należał do Azji. Spacerujemy, robimy wieczorne zdjęcia i wracamy spać. Nie muszę chyba wspominać, że pobudka bladym świtem…

 

Deptak Nguyen Hue
Deptak Nguyen Hue

Poranek w Ho Chi Ming City. Przed nami krótkie, kilkugodzinne zwiedzanie i lot na północ Wietnamu do Haipong. O godzinie 8 rano deptak, który poprzedniego wieczoru tętnił życiem jest wymarły. W ogóle trudno sobie uświadomić, że to jest to samo miejsce. Robimy krótki spacer do katedry, która stanowi pozostałość po Francuzach i czasach kolonialnych, ale jest nadal czynna. Następnie zabytkowa Poczta Główna. Szalonych atrakcji nie ma. Kolejny przystanek: mała świątynka Pagoda Jade, dalej manufaktura produktów z laki, gdzie oglądamy proces ręcznego wytwarzania, a potem możemy oczywiście kupić przeróżne wyroby w sklepie przyzakładowym. Iwonka coś kupiła. Po zakupach jeszcze jedna świątynia – Thien Hau i na lotnisko Tan Son Nhat, z którego odlatujemy na północ. To, co od dłuższego czasu przykuwa moją uwagę, to zabawna architektura Wietnamu. Mam na myśli, normalne, prywatne domy stojące wzdłuż miejskich ulic. Ich nietypowość polega na tym, że są niezwykle wąskie i stosunkowo wysokie. Wyglądają wyjątkowo nieproporcjonalnie. Dawid pospieszył z wyjaśnieniami. Ponieważ każdy w Wietnamie chce robić jakiś biznes, to najcenniejszy jest wszędzie dostęp do ulicy. Jeśli budujesz dom, to na dole zawsze będzie miejsce na jakiś interes, a na górnych piętrach jest część mieszkalna. Nie mają specjalnych problemów z poczuciem prywatności. Zdarzyło się, że kiedy Dawid ze znajomymi siedzieli w barze właśnie na parterze takiej kamienicy, to po zapytaniu o toaletę zostali skierowani na górę do normalnej łazienki domowników, gdzie akurat ktoś się kąpał i musieli iść jeszcze piętro wyżej, do kolejnej prywatnej łazienki. Dla nas trochę nie do pomyślenia. Domy są tak wąskie, bo żeby dla wszystkich wystarczyło, można zgodnie z przepisami zająć 4 metry długości ulicy. O ile jest tak dużo miejsca, bo zdarza się wcisnąć budynek w 3-metrową lukę. Z tego powodu trzeba zmieścić wszystko w niezwykle wąskiej przestrzeni. No a żeby złapać trochę metrażu, to można uciekać tylko w górę. Tak właśnie robią – dobudowują kolejne piętra, a na upartego to można wszędzie sięgnąć rękami od ściany do ściany… Zrobiłem trochę zdjęć takich wynalazków. Tak im to weszło w krew, że wiele razy widziałem takie domy na wsi w szczerym polu, gdzie można się pobudować na 100 metrów w każdą stronę. Tam dopiero zabawnie wyglądają… Zachęcam do obejrzenia zdjęć. W południe odlecieliśmy do Haiphong na północy.

 

Charakterystyczne wietnamskie domy
Charakterystyczne wietnamskie domy

Część 7 – Ha Long i Hanoi

Jeszcze tego samego dnia wieczorem przejechaliśmy autokarem z lotniska Haiphong nad zatokę Ha Long. Ja wiem, że te wszystkie nazwy podobne, ale przy odrobinie wysiłku można się połapać. Miałem wgrane w telefon i tablet precyzyjne mapy wszystkich krajów, które odwiedziliśmy i zawsze dokładnie wiedziałem gdzie jesteśmy i gdzie będziemy. W czasach wszechobecnych odbiorników GPS to nie jest trudne. Poza tym lubię mapy. Przez całą drogę 24/7 (poza pobytami w hotelach) miałem przy sobie włączony TrackLogger GPS, który rejestrował pozycję co sekundę. Potem taki ślad GPS łączy się ze zrobionymi zdjęciami w odpowiednim programie i dzięki temu, każde moje zdjęcie ma zapisane precyzyjne współrzędne geograficzne, miejsca gdzie zostało zrobione. Dokładność jest rzędu 2-3 metrów. To wszystko jest bardzo proste. Jakkolwiek istotnie wydaje się, że byłem w tym trochę odosobniony. Nie wiem dlaczego.

Zatoka Ha Long (Lądującego Smoka), to bardzo malownicze miejsce, pełne niezwykłych formacji skalnych. Po nocy spędzonej w nowym i ładnym hotelu, mieliśmy zamówiony rejs krajobrazowy po zatoce. Pogoda była piękna, bo byliśmy 1100km na północ od Sajgonu i temperatura była jak w Polsce wiosną. Pomiędzy 15 i 20 stopni Celsjusza. Dla mnie absolutnie idealna strefa komfortu. Pojęcia nie mam, czemu niektórzy poubierali się, jakby szli zdobywać Everest zimą. Musieli te grube ciuchy wlec z Polski. Niepojęte. Ja byłem nadal w krótkim rękawku, tylko dla odmiany teraz czułem się komfortowo. Tak to można zwiedzać. To, co zobaczyliśmy na zatoce Ha Long przypomina wyspy na morzu Andamańskim, wśród których odbyliśmy rejs, będąc pierwszy raz w Tajlandii w 2012 roku. Piękne i malownicze miejsce. Można fotografować, aż się dostanie skurczu palca. Poużywałem sobie. Po zakończonym rejsie trzeba było pakować się do autokaru i jechać do Hanoi. Spory kawał drogi. W Hanoi zawitaliśmy późnym popołudniem. W planie był jeszcze pokaz kukiełek wodnych w specjalnym teatrze z wodną sceną. Aktorzy stoją po pas w wodzie, za kurtyną opadającą do samej wody i są niewidoczni. Za pomocą podwodnych wysięgników wyposażonych w dosyć wymyślne mechanizmy sterują kukiełkami, które poruszają na powierzchni wody po stronie widzów. To stara tradycja. Im bardziej skomplikowane lalki (mające więcej ruchomych części) i wyższy kunszt sterujących nimi aktorów, tym atrakcyjniejsze przedstawienie. Może nie jest to oszałamiające widowisko, ale też i na pewno nie nudne, co sugerowali niektórzy. Ponadto charakterystyczne dla północnego Wietnamu, więc z pewnością warto było je obejrzeć. Z hotelu mieliśmy do teatru kilka minut spacerkiem.

 

Rejs po zatoce Ha Long
Rejs po zatoce Ha Long

Hanoi to miasto jezior. Zostało założone wśród nich, a obecnie wewnątrz granic miasta jest ich ok. 110. Około połowa jest stworzona sztucznie lub przynajmniej powiększona. Biorąc pod uwagę, że przez miasto płynie jeszcze duża Rzeka Czerwona, to na brak wody nie można narzekać. Dożo większy powierzchniowo Sajgon, ma jakiś jeden mały stawik. Najpiękniejszym i najbardziej znanym spośród tych jezior, jest Jezioro Zwróconego Miecza – Ho Hoan Kiem. Położone między starym miastem, a piękną francuską dzielnicą kolonialną stanowi serce miasta. Na małej wysepce na jeziorze znajduje się Wieża Żółwia, będąca obecnie symbolem miasta. Wszystkie te dziwne nazwy są związane z dawną legendą. W XV wieku podczas najazdu Chińczyków (ale nie turystycznego, tylko takiego jakby bardziej militarnego) biedny rybak otrzymał od Złotego Żółwia z jeziora magiczny miecz, którym przepędził na zbitą twarz całą armię dynastii Ming. Oczywiście został królem i wrócił nad jezioro, gdzie znów pojawił się Złoty Żółw i zażądał zwrotu miecza. Zwrócony miecz zamienił się w nefrytowego smoka, polatał nad jeziorem i ostatecznie skrył w głębinach. Wdzięczny, młody król w dowód wdzięczności wybudował na małej wysepce na jeziorze trzypiętrową wieżę – Thap Rua (Wieżę Żółwia). Teraz wszystko jasne? Jak słońce. Nie wiem, czym się zaciągali twórcy tych legend, ale miało piorunujące działanie.

Tak się złożyło, że jezioro Zwróconego Miecza było 5 minut spacerem od naszego hotelu. Nie mogliśmy odmówić sobie tego spaceru, tym bardziej, że odkąd zawitaliśmy na północy Wietnamu, upał nie doskwierał i pogoda była wspaniała. Całe jezioro, rosnące wzdłuż brzegów drzewa, Wieża Żółwia i okoliczne zabudowania są wieczorem przepięknie oświetlone. Widoki były urzekające, a nad jeziorem mnóstwo mieszkańców miasta (i sporo turystów z naszej grupy…). Miałem tylko mały aparacik, ale obiecałem sobie, że następnego wieczora przyjdę z dużym i zrobię piękne, nocne zdjęcia. Tymczasem pora spać, bo pobudka o 6 rano (jakby mi żółw dał miecz, to bym kogoś ukatrupił).

 

Wieża Żółwia na Jeziorze Zwróconego Miecza
Wieża Żółwia na Jeziorze Zwróconego Miecza

Ostatni dzień wycieczki objazdowej i zwiedzania. Po Hanoi chodzi się śladami Ho Chi Minh’a. Zaczęliśmy od najświętszego miejsca, czyli mauzoleum Wujaszka Ho. Wujaszek spoczywa w szklanej trumnie, delikatnie oświetlony i zachowany w całkiem dobrym stanie. Cała heca wzięła się oczywiście od socjalistycznych braci z Moskwy, którzy w ten sposób zabalsamowali swojego Wujaszka Wołodię Ilicza. Żeby zakonserwować wodza dla przyszłych pokoleń, złamano nawet jego ostatnią wolę, gdyż w żadnym wypadku nie życzył sobie takiej szopki. Trudno. Obeszliśmy miejsce spoczynku ojca narodu w nabożnym milczeniu, wśród tysięcy innych zwiedzających, w tym delegacji zakładów pracy i licznych wycieczek szkolnych. Wietnam północny i południowy nadal bardzo się różnią, choć są już zjednoczonym krajem i nikt z nikim nie walczy. Południe to pośpiech i biznes. Tętniące życiem mrowisko. Północ jest krajem artystów i poetów. Lecz także zwycięskiej armii Vietcongu… Po mauzoleum była rezydencja wodza zatrzymana w czasie. W miarę skromna. Sam Ho był zresztą skromnym człowiekiem i wierzył w swoją rację i słuszność propagowanych idei. Nie dożył nawet końca wojny. Nie wiem, czy podobałby mu się współczesny Wietnam. Pewnie byłby potężnie zdziwiony…

 

Mauzoleum Ho Chi Minha
Mauzoleum Ho Chi Minha

Została nam już tylko Świątynia Literatury, ale tym razem prawdziwa. Taka nazwa nadana budynkom zwierającym dokumentację przy świątyniach Khmerskich to zupełnie współczesny wymysł. W Hanoi jest prawdziwa Świątynia Literatury (Van Mieu) pochodząca z 1070 roku. Jest to przybytek nauki. Kształcono w nim urzędników państwowych zgodnie z zasadami konfucjanizmu. W tamtych czasach byle żłób nie mógł zostać urzędnikiem. Wymagane było wykształcenie na poziomie współczesnego profesora zwyczajnego. Kandydaci kształcili się przez wiele lat i albo przesuwali się o szczebel wyżej (i bliżej Świątyni Literatury), albo odpadali z wyścigu. Nauka w Van Mieu była ostatnim, najwyższym szczeblem wiedzy. Ciekawe miejsce. I ciekawe zwyczaje. Gdyby je wprowadzić dzisiaj, to musielibyśmy się pewnie zadowolić z dziesięcioma urzędnikami na cały kraj. To był koniec formalnego zwiedzania. Została nam przejażdżka po mieście Tuk-Tukami, które tutaj dla odmiany mają napęd rowerowy, a kabina pasażerów, jest przed, a nie za kierowcą. To była jedna z ostatnich okazji do zrobienia zdjęć. Wieczorem udałem się jeszcze na nocne fotografowanie Jeziora Zwróconego Miecza i Wieży Żółwia. Niestety nie miałem statywu, ale nadrabiałem jakością aparatu. Nie wyszło źle.

 

Świątynia Literatury
Świątynia Literatury

Ostatnia informacja związana z Wietnamem: mało kto wie, ale ten kraj jest drugim na świecie producentem kawy (zaraz po Brazylii). Jak na ironię trudno kupić w Wietnamie dobrą kawę. Rynek „podróbek” jest wspaniale rozwinięty. Pisząc „podróbka” nie mam na myśli czegoś, co kawę udaje, ale nią nie jest, tylko zastępowanie drogich, szlachetnych gatunków tanimi i pospolitymi. Bardzo trudno się przed tym bronić, bo nie spróbujesz przecież kawy, którą właśnie kupujesz w fabrycznym opakowaniu. Opakowania są nie do odróżnienia. Trzeba zdać się po prostu na całkowicie zaufane źródło, bo inaczej można kupić byle co za spore pieniądze nawet w dużych sklepach. Dawid miał jakoby zaufanego dostawcę i własną głową ręczył, że kawa przez niego dostarczona będzie oryginalna. Oczywiście największym zainteresowaniem wycieczki z miejsca zaczęła cieszyć się „kawa wysrana”, przepraszam za kolokwializm. Chodzi oczywiście o najdroższą kawę świata, która w pierwszym świecie (Europa i Stany) osiąga ceny w okolicach 1000$ za kilogram. Dla niewtajemniczonych: są to ziarenka kawy, które zjadł łaskun (zwany też cywetą) – taki mały ssak z rodziny łaszowatych, nie strawił i wydalił. Podobno po przejściu przez przewód pokarmowy tego zwierzaka, kawa nabiera nadzwyczajnych walorów smakowych. Ponadto same łaskuny wybierają ponoć do zeżarcia tylko najlepsze owoce. Ja jestem prosty chłopak z bloku, więc ta historia przemawia do mnie, jak promień śmierci w świątyni Cao Dai. Lubię dobrą kawę, ale żeby spożywał ją jeszcze ktoś przede mną, to już chyba przesada? Jednak cena nie była zaporowa więc zdecydowaliśmy się zamówić 300g, żeby popróbować samemu i pochwalić się przed znajomymi. Jak dla wszystkich nie wystarczy, to się ich poczęstuje Jacobsem – i tak się nie połapią (Trzeba się uczyć od Wietnamczyków, nie?). Na razie, kiedy piszę tę relację, zafajdana kawa leży jeszcze nierozpieczętowana, więc nie mogę się wypowiedzieć, co do jej smaku. Ani aromatu… W celu przerabiania kawy zwykłej na wysraną, zakłada się całe hodowle łaskunów, jednak jest z nimi kupa zachodu. Po pierwsze to są drapieżniki i kawą ich nie wykarmisz. Muszą żreć coś konkretnego, a ziarenka kawy mogą sobie walnąć na deserek. Ponadto przez dwa miesiące w roku mają w ogóle od kawy urlop na poratowanie zdrowia, bo sranie kawą bez przerwy im szkodzi. Czyli wszystko zgodnie z kodeksem pracy…

Część 8 – Pattaya

Następnego dnia rano (Cholera! Dlaczego tak rano?!), mieliśmy samolot z powrotem do Bangkoku a stamtąd przejechaliśmy Autokarem do Pattayi. Tam zostało nam kilka ostatnich dni na wypoczynek po intensywnym zwiedzaniu. Czy po wszystkich atrakcjach ostatnich dni coś ciekawego działo się jeszcze w Pattayi? No coś tam się działo. Pewną atrakcją, choć może bardziej ciekawostką jest sama Pattaya. O tym za chwilę. Ale przed nami była jeszcze jedna impreza zorganizowana: rewia transseksualistów. Kiedy jeszcze w Polsce czytaliśmy plan całej wycieczki, w tym imprez fakultatywnych, to akurat ten punkt całkowicie zgodnie (jak rzadko) wykreśliliśmy sobie na samym początku. Jednak pan Dawid zbierając od nas zgłoszenia chętnych na różne imprezy dodatkowe, o każdej z tych rzeczy opowiedział, co tak naprawdę zobaczymy, a co nie wynikało z suchego opisu w katalogu. Początkowo z naszej grupy, podobnie jak my, właściwie nikt się tam nie wybierał. Jednak po „zachętce” Dawida zapisali się niemal wszyscy. A uczciwie trzeba przyznać, że nie wszystko reklamował na siłę – niektóre pozycje zasugerował delikatnie, jako nie warte czasu i pieniędzy. Dlaczego rewia transseksualistów? Otóż okazuje się, że Tajlandia z bliżej nieznanych powodów jest światową stolicą tego nurtu. Zjawisko, głęboko zresztą zakorzenione w tradycji, przyjęło taką skalę, że kilka lat temu oficjalnie wprowadzono w przepisach prawa cywilnego „trzecią płeć” – Kathoey. Taki wpis można mieć w dowodzie osobistym. Teoretycznie obowiązuje to w obie strony, jednak w praktyce odbywa się tylko w jedną – chłopcy zostają dziewczynami. Ponieważ skala jest naprawdę ogromna, to zjawisko z pewnością jest w tym rejonie jakoś uwarunkowane genetycznie. Chłopcy, którzy psychicznie czują się dziewczynkami rozpoczynają proces zmiany płci już jako dzieci. Wraz z wiekiem przechodzą kolejne stopnie za pomocą odziaływań farmakologicznych (hormonalnych) i chirurgicznych, aby ostatecznie wkraczając w dorosłość nie posiadać już praktycznie żadnych fizycznych cech męskich. Cech psychicznych nie mieli w zasadzie od urodzenia. Zdaję sobie sprawę, jak tego typu rzeczy odbierane są w naszym kręgu kulturowym, zresztą nie jesteśmy wyjątkiem od stereotypu, dlatego od razu odfajkowaliśmy sobie sprawę, jako nieinteresującą. Skoro jednak zawsze oglądamy rzeczy odmienne i charakterystyczne dla miejsca, w którym przebywamy, to po doinformowaniu nas o wszystkich aspektach przez Dawida, jednak się zapisaliśmy.

Rewia odbywała się w dużym teatrze Alcazar. Jeśli chodzi o stronę techniczną i artystyczną, to mucha nie siada. Może nie jestem znawcą takich występów, ale wszystko było dopięte na ostatni guzik. Wspaniałe dekoracje z wielkim rozmachem, wymienne sceny, światła, muzyka – wszystko na najwyższym poziomie. Co najważniejsze – przedstawienie w żadnym wypadku nie było tak skonstruowane, żeby jakimś istotnym jego punktem był sam fakt, że na scenie występowały osoby płci innej, niż ich naturalna biologiczna. Składało się z kilku osobnych scenek narodowych: tajska, chińska, arabska, wietnamska, khmerska, nawet rosyjska. Pewnie pod adresem turystów występujących w znaczących ilościach. Do każdej dobrana była charakterystyczna scenografia, muzyka, choreografia i bardzo bogate stroje. Jak dla mnie występy na naprawdę wysokim poziomie. Na scenie mężczyźni i kobiety, ciekawe tańce narodowe, bardzo fajna muzyka, wspaniałe dekoracje podkreślone bardzo profesjonalnym oświetleniem. Kilka kabaretowo-humorystycznych wtrąceń. Gdzieś z tyłu głowy człowiek cały czas miał świadomość, że wszystkie osoby występujące na scenie urodziły się, jako chłopcy, jednak patrząc na występy… zero szans, żeby coś zauważyć. Nawet będąc świadomymi, na co patrzymy, nie mogliśmy wyszukać żadnej „fałszywki”. Nie mając tej świadomości każdy zachwycałby się wyjątkowo pięknymi dziewczynami tańczącymi na scenie. Sylwetki, twarze, detale, na które mimo woli zwracaliśmy nawet baczniejszą uwagę, niż przy „normalnych” występach scenicznych. Nic nie zdradzało „podmiany”. Powiem tak – od tamtej pory, jeśli miałbym się zadać z jakąś Tajką, to raczej sprawdzę akt urodzenia. Własnym oczom na pewno wierzyć nie można. Pytaliśmy Dawida po czym można odróżnić. Właściwie po niczym. Tajki nie są wysokie, więc jeśli spotkasz piękną dziewczynę z długimi nogami, to ewentualnie można mieć pewne podejrzenia. Poza tym zostaje tylko sprawdzenie metryki, lub szczegółowe badania medyczne. Wyszliśmy z rewii nieco skonfundowani…

 

Rewia w teatrze Alcazar
Rewia w teatrze Alcazar

No i jeszcze sama Pattaya. Do lat 60-tych ubiegłego wieku, była to niewielka rybacka wioska 120km na południowy wschód od Bangkoku. Nic szczególnego. Losy tego miejsca odmieniła wojna w Wietnamie. Żołnierze Wietnamscy walczyli oczywiście 24/7/365, ale Amerykanie mogli sobie pozwolić na rotacyjną wymianę oddziałów. Wojsko zluzowane z linii frontu potrzebowało rozrywek, żeby oderwać się od okropności wojny. Jakich rozrywek najbardziej oczekują prości żołnierze, będący dodatkowo po drugiej stronie kuli ziemskiej od swoich domów, dziewczyn czy żon? No wiadomo. Właśnie takie rozrywki zaczęły być świadczone w Tajlandii, gdzie Amerykanie mieli swoje „bazy wypoczynkowe”. Stolicą tej zabawy została Pattaya. Po zakończeniu wojny ubyło żołnierzy, ale rozkręcony biznes zaczął przyciągać cywilnych klientów. W ten sposób Pattaya została światową stolicą sex-turystyki, a mówiąc bez ogródek: największym burdelem Azji. Obecna Pattaya to już nie wioska, tylko niemal 100-tysięczne miasto. Natomiast z całą przyległą aglomeracją zbliża się do pół miliona mieszkańców. Do tego dochodzi blisko 7 milionów turystów rocznie (Angkor odwiedza 2 miliony). Znamienne, biorąc pod uwagę, że do zwiedzania właściwie nic tu nie ma, a plaże są raczej kiepskie. Po cholerę ta kupa ludzi tam jedzie? Może nie konkretnie po cholerę, ale po inne choroby na pewno. Miasto rozłożyło się nad średniej wielkości zatoką i cały nadmorski bulwar o długości blisko 5km począwszy od godziny 20 zaczyna zamieniać się w wystawę żywego towaru wszelkiego wieku, wymiarów, koloru, budowy i płci. Poszukujący bez problemów znajdzie wszystko. Jednak wzdłuż długiego bulwaru Beach Road nie jest to bardzo nachalne. Natomiast końcowe, południowe 500 metrów, wydzielone bramami i noszące nazwę Walking Street (nazwa stosowna, bo to deptak), to już stężone i skoncentrowane siedlisko zła i zepsucia.

 

Wejście na Walking Street
Wejście na Walking Street

Bezpośrednio po wyjściu z rewii w teatrze Alcazar, postanowiliśmy jeszcze z jednymi znajomymi z naszej grupy udać się do tej jaskini lwa i szatana i własnymi oczami zajrzeć w bramy piekieł. Podjechaliśmy kawałek taką oryginalną taksówką (otwarty z tyłu pickup z ławkami) i w odległości jakichś 100 metrów od wejściowej bramy z wielkim świecącym napisem „Walking Street”, stanęliśmy na własnych nogach. Wszyscy przybraliśmy odważne miny ludzi, którzy wiedzą, czego chcą, niczego się nie boją i nic ich nie zaskoczy i udaliśmy się w stronę wyzywających czerwonych świateł, aby zmierzyć się ze złem wcielonym. Wieczorem na bulwarze jest tłoczno, ale po wejściu w samą Walking Street zrobił się po prostu dziki tłok. Kasyna, kluby go-go, głośna, ciężka muzyka, bary i knajpy podejrzanej reputacji, ale także lokale o zdecydowanie wysokim standardzie. Jednak przede wszystkim wszędzie dziewczyny. W kusych (często bardziej, niż kusych) strojach firmowych, w kolorze danego lokalu, z numerami na tabliczkach. Tu już nikt nic nie udaje. Wszyscy wiedzą o co chodzi i po co tu są. Oczywiście rzeka ludzi tłoczących się na deptaku, to pewnie w 95% turyści ciekawi tego miejsca, jak my, ale nawet pozostałe 5% to i tak kupa klientów. Ciekawie rozglądaliśmy się na boki, robiliśmy zdjęcia (nie ma z tym problemu, nie trzeba fotografować półgołych dziewczyn ukradkiem) i w pewnym sensie chłonęliśmy atmosferę miejsca. Bardzo specyficzną. Lecz, co rzuciło mi się w oczy od samego początku, to że ta atmosfera jest kompletnie aseksualna. Całe otoczenie, tłum i zgiełk, hałas, wyziewy z kuchni i co tam jeszcze, powodują, że można myśleć o wszystkim, tylko nie o… wiadomo czym. Nie zmieniają tego nawet niektóre całkiem atrakcyjne dziewczyny dodatkowo niedwuznacznie usiłujące na siebie zwrócić uwagę na wszelkie możliwe sposoby. Wyrywają facetów z tłumu niemal jak na wędkę. Jesteś z własną kobietą? No problem! Dla niej też się zraz ktoś znajdzie – mamy super facetów!… Trochę jakby szokujące :). Jednak z całą pewnością na tej ulicy była reprezentowana bardzo liczna grupa, której wszystkie wymienione czynniki nie przeszkadzają, i która bez problemu skupia się na meritum tego miejsca. W końcu bez popytu nie ma podaży. A podaż była tam na poziomie Everestu. Z trudem przebiliśmy się na drugi koniec deptaka i zaczęło się przerzedzać. Wyszliśmy za drugą bramę i skręciliśmy na długie, morskie molo, żeby trochę odetchnąć i nabrać powietrza i sił na drogę powrotną. Trzeba było przebić się przez ten przybytek ponownie, w przeciwnym kierunku. Wracaliśmy już znacznie pewniej, gdyż wiedzieliśmy czego się spodziewać.

 

Jaskinia lwa
Jaskinia lwa

Po pewnym czasie wróciliśmy na bulwar Beach Road, z którego przybyliśmy. Mieliśmy do wyboru szukać jakiegoś transportu, lub pokonać z buta dzielące nas od hotelu ponad 4 km. Żeby ochłonąć poszliśmy piechotą. Wzdłuż całego nadmorskiego bulwaru w dalszym ciągu pełno było pań oferujących swoje wdzięki, jednak po dwukrotnym przejściu przez Walking Street, traktowaliśmy je już jak dekoracje uliczne. Jako facet powinienem się chyba jakoś ustosunkować do całej sprawy. Powiem tak: pomijając już nawet kwestie etyczne, moralne (choć dla mnie osobiście są nie do pominięcia), lokalowe, fizjologiczne i jakie tam jeszcze – nawet gdybym był samotnym kawalerem, który właśnie wrócił z 10-letniego pobytu na bezludnej wyspie: nie skorzystałbym. I wcale nie sztywny kręgosłup moralny jest główną przeszkodą, tylko zwykła niechęć do sposobu serwowania usług, a przede wszystkim pospolity instynkt samozachowawczy. W dzisiejszych czasach taki numerek można przypłacić całkowicie śmiertelną chorobą. W miejscu takim jak to, powiedziałbym, że dużo większa jest szansa coś złapać, niż nie złapać. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak można ryzykować życie dla takiej sprawy. Szaleństwo. A jednak, jak przytomnie zauważyły nasze panie, szaleńców mijaliśmy właśnie całe grupy. Dopiero na luźniejszym bulwarze zwróciliśmy uwagę na, powiedziałbym, hordy facetów podążające w stronę, z której my właśnie wracaliśmy. Facetów w większości siwych, łysych, grubych i niemłodych. Ciacha to nie były. Szli grupami w wiadomym kierunku. Niemal wszyscy biali, głównie Australijczycy i Europejczycy, niektórzy z piwkiem w ręku dla dodania sobie animuszu, niektórzy z nieobecnymi, rozszerzonymi źrenicami, więc po czymś mocniejszym niż piwko, czy nawet mocny trunek. Widać nie zawsze wystarcza odwagi, żeby stanąć do walki z otwartą przyłbicą. Niektórzy się znieczulają. Naszła mnie refleksja, że to nie jest wesołe miejsce. Nasz hotel stał na północnym końcu bulwaru, a więc dokładnie po drugiej stronie, niż Walking Street, ale nawet jeszcze tu zdarzały się panie oczekujące na ulicy, na szybki zarobek, lub księcia z bajki, który na zawsze zabierze je do lepszego świata. Podobno to też się zdarza.

To był ostatni akcent wyprawy. Choć byliśmy w Pattayi jeszcze kilka dni, to nie wybraliśmy się więcej na Walking Street (bez żalu), a nadmorskim bulwarem spacerowaliśmy tylko za dnia. Po kilku dniach Dreamliner Lotu bez żadnych przygód zabrał nas do Warszawy i kolejna nasza wyprawa dobiegła końca. Na razie nie mamy planu, gdzie w przyszłym roku. Iwonka planowała RPA, ale wycofali loty Dreamlinerem, więc sprawa upadła. Czekamy na nowe oferty i ciekawe kierunki.