Norweskie Fiordy

W tle muzyka norweskiego kompozytora Trona Syversena.

Relacja z rejsu po norweskich fiordach

Sierpień 2015

Część 1 – z Paryża do Calais

Skąd nieco dziwny pomysł na norweskie fiordy? Uczciwie trzeba przyznać, że właściwie wszystkie nasze dotychczasowe wycieczki mniej lub bardziej przybliżały nas do równika, a nie koła podbiegunowego. Czemu ta zmiana? Ano przede wszystkim z powodu lekko uciążliwego klimatu, który funduje nam ostatnio mocno upalne lata w Polsce. Osobiście nie kryję faktu, że od zawsze jestem zimnolubny, więc już nasze lato bywa dla mnie trudne, a letnie wyjazdy do jeszcze cieplejszych krajów mogą być koszmarem. Pomyślałem, że może dobrze będzie zmienić zasady i w zimie jeździć po staremu do ciepłych krajów, a w lecie do zimnych. Człowiekowi zawsze pasuje coś odwrotnego, niż akurat ma, więc chyba będzie ok…

A że akurat fiordy? Gdzieś na dnie znowu leżą wspomnienia z dzieciństwa. Od późnych klas podstawówki uwielbiałem książki marynistyczne Karola Olgierda Borchardta opisujące w łatwych i przyjemnych opowiadaniach rozwój polskiej marynarki handlowej w okresie międzywojennym oraz jej losy w czasie wojny i niedługo po niej. Otóż w tamtym okresie Polska posiadała kilka transatlantyków obsługujących głównie pasażerskie linie żeglugowe przez Atlantyk i na Morzu Śródziemnym, ale pływające także na wycieczki turystyczne za koło podbiegunowe, aż do Nordkappu. Kilka z opowiadań Borchardta traktuje właśnie o rejsach turystycznych po fiordach Norwegii i wszystkim przyświeca wspólna myśl przewodnia: „Nad dalekim, cichym fiordem”. Naczytałem się opisów przepięknych krajobrazów, zabawnych i ciekawych anegdot o mieszkańcach i pewnie gdzieś tam z tyłu głowy została mi myśl, że fajnie byłoby zobaczyć to na własne oczy. W dwudziestoleciu międzywojennym na rejs turystyczny do Norwegii mogło sobie pozwolić niemal wyłącznie towarzystwo „ministerialne”, ale dzisiaj taka przyjemność bywa dostępna dla szaraków, więc droga wolna! Przy okazji zaświtała mi jeszcze refleksja, że chyba dobrze mi się życie ułożyło, jeśli mogę sobie teraz realizować różne marzenia z dzieciństwa o podróżowaniu po świecie…

Czasy się zmieniły (oczywiście na lepsze) i Polska żadnych pasażerskich statków oceanicznych już nie posiada. Ostatni z naszych przedwojennych transatlantyków – Batory został na początku lat siedemdziesiątych XX wieku pocięty na żyletki. Może w kontekście naszej wycieczki ciekawe jest jeszcze to, że Chrobry (zwodowany przed samą wojną) znalazł swój tragiczny, wojenny koniec właśnie w lodowatych wodach Norwegii w fiordzie Vestfjord zbombardowany przez Luftwaffe 14 maja 1940 roku. Jego agonię także bardzo szczegółowo opisał Borchardt, który był na nim wówczas pierwszym oficerem.

Może i nic dziwnego, że nie mamy obecnie transatlantyków, gdyż jak wiadomo ciężar turystki i przewozu osób ogólnie przeniósł się głównie na transport lotniczy. Niby szybki i sprawny, ale zwiedzania fiordów z samolotu jakoś sobie nie wyobrażam. Trzeba było zatem poszukać wycieczki u obcych armatorów. W poszukiwaniach wydatnie pomogło nam biuro Rainbow Tours organizujące całą imprezę od samej Warszawy. Jako, że transatlantyki ostatnio do Warszawy nie zawijają (niski poziom Wisły?), to sprawa jest logistycznie nieco skomplikowana. Stosownymi statkami dysponują między innymi Francuzi, zatem pierwszy etap naszej wycieczki, to przelot Airfrance z Warszawy do Paryża.

Nasza grupa licząca sobie trochę ponad dwadzieścia osób skompletowała się na Okęciu. Poznaliśmy też tam naszego pilota, Pana Miłka, który towarzyszył nam już przez całą imprezę aż do powrotu do Warszawy. Po krótkim locie znaleźliśmy się na Charles de Gaulle pod Paryżem w samo południe. Może to będzie dla kogoś zaskoczenie, ale okazuje się, że po Sekwanie transatlantyki też nie pływają. Cholera! Nasz wycieczkowiec Horizon jest w stanie odebrać nas jedynie z portu w Calais na kanale La Manche. I to następnego dnia.

Mając w Paryżu wolne popołudnie, część naszej grupy postanowiła wybrać się na wycieczkę do centrum, żeby odwiedzić stare kąty (jak my) lub zobaczyć je po raz pierwszy (jak niektórzy). Pojechaliśmy metrem w okolice Pól Elizejskich i następnie spacerkiem po bulwarach nad Sekwaną od mostu Alexandra III aż do wyspy Ile de la Cite pomiędzy odnogami rzeki i znowu do metra. To dobrze ponad pięć kilometrów drogi, ale pogoda była przyjemna i nigdzie nam się nie spieszyło, więc spokojnie dreptaliśmy. Przypomniały mi się miejsca, które zwiedzaliśmy podczas citytour po Paryżu w 2010 roku. Po drodze zaczepiliśmy o Luwr (oczywiście bez wchodzenia do środka), mijaliśmy kolejne mosty aż do Pont des Arts słynący z tego, że zakochani wieszają na nim kłódki, mające zapewnić im nierozerwalność związku. Pamiętam dziesiątki tysięcy tych kłódek z poprzedniej wizyty w Paryżu. Mam dla zakochanych złą wiadomość – przystosowany tylko do ruchu pieszego mostek groził już zawaleniem od ciężaru kłódek, w związku z czym władze miasta postanowiły wszystkie te symbole dozgonnej miłości zdemontować (razem z barierkami mostu) i bezceremonialnie wywieźć na złom. Pewnie solidnie podreperowali tym budżet Paryża. Relację z tego wiekopomnego zdarzenia oglądałem nawet w naszej TV chyba na wiosnę tego roku. Żeby jeszcze bardziej zaleźć za skórę zakochanym, na moście zamontowano nowe barierki, skonstruowane w taki sposób, że nie da się na nich wieszać kłódek. Skandal.

Pont des Arts
Pont des Arts

Po przejściu na Ile de la Cite skierowaliśmy się oczywiście w kierunku Notre Dame de Paris. W odróżnieniu od kłódek zakochanych, katedra stoi, jak stała (pewnie dlatego, że nie nadaje się na złom). Strzeliliśmy dla przypomnienia kilka fotek i zaczęliśmy szukać stacji metra, z której dałoby się wrócić w okolice hotelu. Tu wynikła różnica zdań między pilotem Miłkiem i mną (a konkretnie moim smartfonem) – otóż według smartfona w miejscu, gdzie się kierowaliśmy nie było stacji. Jednak pilot (i niektórzy uczestnicy wycieczki) mieli papierowe mapki, na których stacja była, więc mnie przegłosowali. A co mi tam. Smartfon z mapami aktualizowanymi na bieżąco miał oczywiście rację – stacja zamknięta od dłuższego już czasu. Poszliśmy przez most w kierunku stacji Chatelet. Kolejna różnica zdań: według mnie (smartfona) wejście do stacji jest na końcu ulicy, a według wycieczki tuż za mostem. Weszliśmy oczywiście tuż za mostem, w związku z czym przez całą długość ulicy Place du Chatelet szliśmy do właściwej stacji podziemnym korytarzem, jak krety, zamiast ulicą wśród drzew i zabytkowej zabudowy. Postanowiłem się już nie odzywać – ciągłe manie racji jest męczące. Na usprawiedliwienie naszego pilota dodam, że był przwodnikiem po Norwegii, a nie Paryżu i na ten spacer zabrał nas w ogóle z dobrego serca – dzięki mu za to.

Notre-Dame de Paris
Notre-Dame de Paris

Powrót metrem do hotelu zakończył pierwszy dzień wycieczki. Pomny przygód z Rzymu, niezwykle uważnie pilnowałem swoich rzeczy i na każdego łypałem, jak na złodzieja. Pewnie się wiele nie pomyliłem, bo w wagonie poza naszą grupą byli właściwie sami biali inaczej, co według moich rasistowskich stereotypów oznacza, że każdy miał coś ciemnego na sumieniu. Nic mi nie zginęło. Daliśmy tylko 2€ staruszkowi, który bardzo ładnie grał w wagonie na akordeonie, ale on był biały normalnie.

Kolejny dzień to transfer z Paryża do Calais. Pod hotel zajechał po nas autokarem kierowca (absolutny negatyw białego) ważący dodatkowo ze 200kg. Poczułem się przy nim, jak anorektyk… Iwonka bała się dać mu walizki do załadowania do luku, ale jakoś się przemogliśmy… Gość okazał się ok, poza tym, że obsesyjnie dbał o czystość w autokarze. Zero szans, żeby wejść do środka z kruszącą się kanapką, lub niedojedzonym owocem. Drobne papierki z kieszeni też trzeba było zdać przed drzwiami :). Podejrzewam, że takich „manier” nauczyło go bolesne doświadczenie z pasażerami. Wiem, w jakim stanie ludzie potrafią zostawić autobus… Jadąc kilkaset kilometrów przez północną Francję mieliśmy okazję pooglądać trochę kraj przez okna. Byliśmy w lekkim szoku, bo większość wiejskich zabudowań, które mijaliśmy, przypominało zwykłe rudery. Dodatkowo w obejściu syf, bród i śmietnik. Nawet gospodarstwa naszych rolników z Lubelszczyzny wyglądają przy tym naprawdę bogato i porządnie. I to nie był odseparowany przypadek. Wiele takiego dziadostwa mijaliśmy podczas kilkugodzinnej drogi.

Dojeżdżając do Calais minęliśmy obozy uchodźców, o których tak ostatnio głośno w mediach w całej Europie. Z przykrością muszę stwierdzić, że cechuję się umiarkowaną wrażliwością na ich problemy, co jest niepoprawne politycznie, rasistowskie, ksenofobiczne, egoistyczne i godne potępienia. Nie żebym miał coś osobiście do tych ludzi, z których większość jest w naprawdę beznadziejnej sytuacji. Moja niechęć ma podłoże światopoglądowo-historyczno-religijno-polityczne i dotyczy ich jako części ogólnego problemu emigracji z krajów afrykańskich, głównie islamskich. A samym sednem problemu jest jak zwykle religia. Nie jestem politykiem, więc mogę mówić co myślę. A myślę, że po prostu powinno się przestać ich wyławiać z Morza Śródziemnego. Straż przybrzeżna jest po to, by ochraniać granice morskie, a nie pomagać nielegalnie je przekraczać. Paradoksalnie na dłuższą metę to byłoby dla dobra imigrantów, bo natychmiast by się o tym dowiedzieli (wraz z resztą świata) z lamentujących mediów i przestali tysiącami wsiadać po afrykańskiej stronie do łódek, w których się potem masowo topią w Morzu Śródziemnym. Chyba że ich właśnie wyłowi włoska, grecka, czy jaka tam jeszcze straż przybrzeżna. Dla mnie te działania, to zachęcanie ich do narażania się na śmierć wraz z całymi rodzinami. Rozumiem, że część z nich to zwykli ludzie uciekający przed okropnościami wojny i szaleńcami z ISIS, ale nie ma takiej możliwości, żeby Syria przesiedliła się do Europy. Trzeba załatwić tę sprawę na miejscu: w Syrii. Wydaje się tylko, że zupełnie brak woli politycznej, żeby to zrobić. A wola polityczna powinna płynąć przede wszystkim zza Atlantyku, bo jakby nie analizować sytuacji, to zawsze na koniec dnia pojawia się ten sam wniosek: do zdestabilizowania Afryki północnej przyczynili się głównie jankesi, tradycyjnie poruszając się po arenie międzynarodowej polityki, jak szympans po cukierni. Trudno się zresztą dziwić biorąc pod uwagę ich pojęcie o świecie i różnicach społeczno-kulturowych. Uważają, że świat to taka większa Ameryka, a jedynym marzeniem każdego mieszkańca planety jest zamieszkanie w domku na przedmieściu z dzieciakami, psem i kanarkiem… Tak więc, jeśli już z powodów humanitarnych wyławia się tych biednych ludzi z Morza Śródziemnego, to po mojemu powinno się ich od razu przeładowywać na większe statki i odsyłać prosto na Florydę. Obozy pod Calais otoczone są kilkoma rzędami wysokich na 4 metry ogrodzeń, zwojami drutów kolczastych i zasieków i generalnie wyglądają bardzo zniechęcająco. Chyba o to chodzi.

Ostatecznie nasz autokar sprawnie wymanewrował między wszystkimi przeciwimigranckimi zaporami, bramami i posterunkami. Choć kierowca był hebanowy, to ze względu na jego gabaryty nikt nie posądził go, że jest głodującym imigrantem. Czyli rozmiar ma znaczenie. Zatrzymaliśmy się przy nabrzeżu, do którego zacumowany był Horizon – nasz pływający dom na najbliższy tydzień. Z nabrzeża taki statek wygląda trochę jak stalowa góra. I faktycznie jest spory: ma 208m długości i 30 szerokości. Zabiera ponad 1840 pasażerów i 600 członków załogi. Pływa pod maltańską banderą i na rufie ma wypisany port macierzysty Valletta, jednak należy do francuskiego armatora i praktycznie rzecz biorąc pasażerami są niemal sami Francuzi. Poza naszą polską, na pokładzie były dwie grupy tureckie i jedna maltańska, czyli razem ze 100 osób. Pozostałe 1740 to żabojady. Na szczęście obsługa statku była międzynarodowa (z 30 krajów świata), więc w odróżnieniu od większości pasażerów władała normalnymi językami z angielskim na czele. Nie było problemu. Także wieczorne przedstawienia w statkowym teatrze były dwujęzyczne, a przede wszystkim przygotowane w taki sposób, aby kwestie mówione ograniczyć do absolutnego minimum lub całkiem wyeliminować. Do statku nie mogliśmy mieć większych zastrzeżeń.

Horizon
Horizon

Jako doświadczeni podróżnicy, zapobiegawczo wykupiliśmy sobie kajutę z balkonem, co dodatkowo zapewniło nam status pasażerów vip i kilka dodatkowych przywilejów. Zawsze warto zainwestować w dobrą kabinę i nie chodzi tu wcale o sam balkon. Po pierwsze takie kabiny mają najlepszą lokalizację na statku – są wysoko, daleko od maszynowni i związanych z nią hałasów, wibracji i zapachów. Po drugie, nie chodzi nawet o to, żeby na samym balkonie siedzieć, ale przede wszystkim można go otworzyć. Jeżeli kajuta ma tylko okno, to nigdy nie jest ono otwierane. Niby na statku jest wentylacja, ale do szerokiego otwarcia balkonu ma się to nijak. W czasie całego, tygodniowego rejsu po fiordach, nasz balkon był właściwie cały czas otwarty, w tym całe noce. Niby noce tam zimne i często bardzo wietrzne, ale super było układać się do snu słuchając szumu morza, odgłosów nocnych ptaków (a zawsze coś dzioby darło) i czując orzeźwiające powiewy. Okrętowe ogrzewanie i tak wyrównywało temperaturę.

Tymczasem staliśmy na nabrzeżu, jak mrówki koło słonia. Sprawne przeładowanie 1840 pasażerów, to nie lada wyzwanie organizacyjne. W jak najkrótszym czasie trzeba opróżnić statek z poprzednich wycieczkowiczów, wszystko wysprzątać i załadować nowych. Dobrze jeśli przy tym nikt nie wpadnie do basenu portowego, nie zgubi się ani nie utopi niczyich bagaży i wszyscy trafią sprawnie w miejsca, w których powinni się znaleźć. To nie jest proste na statku mającym jedenaście pokładów, a na każdym pokładzie blisko pół kilometra korytarzy. Po kilku dniach pobytu na statku wszystko staje się w miarę proste (przynajmniej dla niektórych), ale kiedy wchodzi się na niego pierwszy raz, to prawdziwy labirynt. Żeby ułatwić sprawę i uniezależnić się od pogody, na nabrzeżu stoi ogromny namiot w którym odbywa się większość operacji logistycznych. Tam przyjmuje się nowych pasażerów, załatwia z nimi wszelkie formalności, wydaje karty pokładowe i odbiera od nich bagaż, który zostanie im dostarczony prosto do kabin. Wchodząc na burtę przechodzi się jeszcze drobiazgową kontrolę bezpieczeństwa (jak do samolotu). Nie żeby ktoś miał pretensje o shotguna w walizce, ale powinien zostać zdeponowany na czas rejsu. Schodzący ze statku pobierają swój bagaż, zawczasu odebrany podczas ostatniej nocy i przygotowany dla nich w specjalnych, oznaczonych kolorami sektorach w namiocie. Nie ma takiej możliwości, żeby kilometrami korytarzy i windami między pokładami taszczyć swoje walizy. Przeładunek trwałby tydzień.

Wszystko odbyło się całkiem sprawnie, z czego wynika, że załoga ma już spore doświadczenie w tej zabawie. Kajuta przestronna (jak na kajutę), balkon jest, lokalizacja na najwyższym poziomie (powyżej tylko restauracja i pokład słoneczny). Przed kajutą walizki i o dziwo – nasze własne. Czary jakieś. Jednak zanim mogliśmy się do tej kajuty udać, mieliśmy obowiązkowe dwie godziny zwiedzania statku (pewnie w tym czasie sprzątali). Jako właściciele kabiny z balkonem, mieliśmy All Inclusive o podwyższonym standardzie. Podwyższenie obejmowało głównie dodatkowe gatunki alkoholi, zatem zwiedzanie zaczęliśmy od znalezienia baru. Ważne rzeczy najpierw. W zasadzie mogliśmy na tym także zakończyć… :). Jednak po wstępnym wyregulowaniu ilości promili (którą przez resztę rejsu należało skrupulatnie utrzymywać), odważnie postanowiliśmy udać się na zwiady (trzeba było znaleźć jeszcze toaletę i restaurację). Wnętrza są nieźle oznakowane, więc w miarę sprawnie odszukaliśmy wszystko, co przez tydzień może nam być potrzebne do życia. Zresztą newralgiczne miejsca były zlokalizowane blisko nas na górnych pokładach. Jedynie teatr był na 7 i 8 poziomie (był wysoki i łączył dwa piętra). Ostatecznie zwiedziwszy interesujące nas miejsca, dotarliśmy do naszego mieszkanka, które tymczasem zostało wysprzątane i przygotowane do zasiedlenia. Statek nadal był przycumowany w porcie, więc po zainstalowaniu się w kajucie, poszliśmy na górny pokład i obserwowaliśmy przygotowania do wypłynięcia. Opadły kolejne cumy, stery strumieniowe wzburzyły wodę i odsunęły kolosa od nabrzeża i na koniec główny napęd popchnął nas do przodu pomiędzy główki portu

Port Calais z pokładu Horizon
Port Calais z pokładu Horizon

Część 2 – Morze Północne

Jeszcze przez długi czas płynęła za nami łódź pilotowa, która dopiero kilka kilometrów po opuszczeniu portu zabrała z pokładu pilota portowego i zawróciła z nim do Calais. Przyspieszyliśmy i podróż się rozpoczęła. Początkowo płynęliśmy po uczęszczanych wodach kanału La Manche, więc dookoła było sporo jednostek. W oddali wypatrzyliśmy nawet linię klifów Dover po angielskiej stronie kanału. Stopniowo wypływaliśmy jednak na szersze wody Morza Północnego i ostatnie ślady lądu zniknęły za horyzontem. Jednak jeszcze przez bardzo długi czas płynęliśmy wzdłuż ogromnych farm turbin wiatrowych osadzonych wprost w morskim dnie. Setki gigantycznych wiatraków stoją w morzu i tworzą wielokilometrowe „lasy” obsadzone równymi rzędami stalowych pni. To przedsięwzięcia inżynieryjne na niewyobrażalną skalę. Towarzyszyły nam aż do zachodu słońca.

Farma turbin wiatrowych
Farma turbin wiatrowych

 

Pierwszy pełny dzień na statku to rejs przez Morze Północne do zachodnich brzegów Norwegii. Do przepłynięcia z Calais do Stavanger było 520 mil co przy prędkości 20 węzłów daje ponad dobę. Niewiele jest do oglądania na pełnym morzu, więc mieliśmy czas na nicnierobienie i byczenie się. Jak wiadomo, chwile wolne od nicnierobienia najlepiej wypełnić drinkami, ewentualnie dożeraniem, żeby nie drinkować na pusto, co jest niezdrowe. Zastosowaliśmy się do powyższych reguł, gdyż zdrowie rzecz najważniejsza. Mimo tak napiętego planu dnia, pozostało nam jednak jeszcze trochę czasu na spacery po pokładzie słonecznym i podziwianie majestatu morza. Niby spotkanie jednostek pływających na Morzu Północnym nie jest niczym dziwnym, ale spotkaliśmy ich niewiele. Za to wiele spotkaliśmy platform wiertniczych. Widać czym teraz żyje świat. Mimo wcześniejszych obaw wynikających ze złej sławy tych akwenów, Morze Północne było gładkie jak stół. Żeby znacząco pokiwać wypierającym blisko pięćdziesiąt tysięcy ton kolosem trzeba sporej fali, ale nie było nawet fali, która pokiwałaby żaglówką. Akurat w tej sprawie nie zamierzaliśmy składać zażalenia. Zbyt dobrze pamiętałem jeszcze 8 w skali Beauforta na Korsyce, żeby tęsknić za sztormem.

Platforma wiertnicza
Platforma wiertnicza

Przed południem było jeszcze spotkanie informacyjne z niejaką Panią Olgą. Pani Olga okazała się wybitnie słowiańską blondynką, władającą wieloma językami w tym polskim (z lekkim wschodnim akcentem). Do jej obowiązków na statku należało zajmowanie się wszystkimi tymi dziwnymi pasażerami, którzy z jakichś niezrozumiałych względów nie mówią po francusku. Pani Olga zrobiła nam typowy briefing, wyjaśniła co, gdzie i kiedy na statku należy robić, a czego pod żadnym pozorem robić nie należy. Zapowiedziała, że będzie do naszej dyspozycji w recepcji w razie potrzeby, oraz że będzie przygotowywała dla nas statkową, codzienną gazetkę w języku polskim oraz polskie menu w restauracji a la carte. Z góry przeprosiła za ewentualne błędy, ale nie było ich wiele. Tylko indyk z kaczką mylił się permanentnie czyniąc życie ciekawym: co też kelner przyniesie? Zgodnie z podejrzeniami Olga okazała się rodowitą Ukrainką, stałym członkiem załogi. Nie była zresztą odosobniona, gdyż między innymi także pierwszy oficer pochodził z Ukrainy. Grecki kapitan Nikolaos Chazapis miał pod sobą oficerów i szefów działów z Argentyny, Ukrainy, Hondurasu, Rumunii, Malty, Brazylii, Chile i Kandy. Prawdziwa wieża Babel. Jak oni się dogadują?! Zresztą może się nie lubią i w ogóle ze sobą nie gadają? Dzień upłynął spokojnie i szum morza ukołysał nas do snu.

Część 3 – Stavanger i Lysefiord

Kiedy obudziliśmy się następnego dnia, statek stał już w Stavanger, gdzie przybił ok. 7 rano. Nie nastawiałem sobie budzika, stwierdziłem że zaryzykuję i nie będę nadzorował kapitana Nikosia przy cumowaniu. Jakoś mu się udało nie zaryć dziobem w betonowe nabrzeże. Wyjrzawszy przez balkon odniosłem nieco przygnębiające wrażenie – niskie, stalowoszare chmury i ołowiane wody fiordu w ciemnym świetle poranka nie nastrajały optymistycznie. Wokół na wyspach, półwyspach, wysepkach i innych kawałkach ziemi lub skał wystających z wody, rozrzucone były zabudowania miasta. Wszystko razem połączone mostami (trzy duże w zasięgu wzroku), wszędzie przystanie i łodzie. Generalnie, jak masz dom na wyspie nie mającej nawet kilometra długości, to pewnie faktycznie lepiej mieć pod domem hangar lub pomost dla łodzi, niż garaż. Niby co z tym samochodem robić? Jeździć mostami i po serpentynach wokół fiordów nadkładając nieraz kilkadziesiąt kilometrów do miejsca odległego o 500m tyle, że przez wodę? Łódką wszędzie blisko.

Stavanger - Fiord Amo
Stavanger – Fiord Amo

Stavanger to miasto portowe założone w 1125 roku. Jak nietrudno zgadnąć, głównym zajęciem mieszkańców było rybołówstwo. Pewnie z tego powodu przed wojną było tu mnóstwo niewielkich wytwórni konserw. Zgaduję, że rybnych. W czasie wojny technologie konserwowania żywności na potrzeby wojska rozwinęły się jednak tak bardzo, że niewielkie manufaktury produkujące konserwy przestały mieć rację bytu. Jedna została zachowana jako muzeum na starym mieście. A my nasz spacer zaczęliśmy właśnie od starej części miasta (Gamle Stavanger), która jest zresztą położna rzut beretem od nabrzeża, przy którym usadowił się nasz Horizon. To nie jest starówka w stylu miast europejskich. Brak murowanych kamienic i typowego rozkładu. Spacerowaliśmy pieszymi alejkami pomiędzy białymi domkami obłożonymi drewnianym sidingiem i pokrytymi pomarańczową dachówką. Domki niekoniecznie w stanie kwitnącym, ale wszędzie obsesyjny ład i porządek oraz mnóstwo kwiatów. Na tej szerokości geograficznej zdecydowana większość roku jest jak czarno-biały film – długa zima, podczas której dzień trwa 4 godziny, słońce jest nisko nad horyzontem, a wszystko pokryte śniegiem. Pewnie dlatego krótkie lato mieszkańcy starają się uczynić jak najbardziej kolorowym i otaczają się kwiatami wszędzie, gdzie tylko da się je wyeksponować. Podobno zakup lichego domku w tej dzielnicy, to wydatek w okolicach pół miliona euro. Przedyskutowaliśmy to z Iwonką i mimo niewątpliwych zalet, skłaniamy się jednak lekko do niezamieszkiwania na stałe w miejscu, gdzie zima trwa 9 miesięcy. Obecnie miasto liczy sobie ok. 130 tysięcy istnień, więc na warunki norweskie jest metropolią i czwartym pod tym względem miastem w kraju. Dalej łowią ryby, ale rozwinęli też przemysł stoczniowy. Generalnie zajmują się wszystkim, co ma związek z wodą i morzem.

Gamle Stavanger (starówka)
Gamle Stavanger (starówka)

Przeszedłszy między drewnianymi chałupkami, skierowaliśmy się w kierunku katedry romańskiej z początku XII wieku. Jest najważniejszym zabytkiem miasta, więc wszyscy muszą ją zobaczyć. Zobaczyliśmy. Potem już prosto do portu, gdzie mieliśmy wsiąść na mniejszy stateczek, który zabierze nas na wycieczkę w głąb Lysefjordu, w którym oceaniczny statek zwyczajnie się nie zmieści. Tymczasem zrobiło się widniej, ale pogoda nadal była „szara” i chłodna. Niemniej nie padało, a to już maksimum tego, na co można liczyć w Norwegii. Stateczek wycieczkowy miał zamkniętą, przeszkloną część na dole i dla kozaków otwarty pokład na górze. Nie muszę mówić, gdzie się umieściłem z moimi zabawkami do fotografowania. Jednak, co ciekawe także żona odważnie do mnie dołączyła. Nie wiedziała, co ja czeka. Ja zresztą też nie wiedziałem.

Romańska katedra w Stavanger
Romańska katedra w Stavanger

Zanim odbiliśmy, zdążyłem jeszcze zauważyć na nabrzeżu duży, biały autokar z napisem „PKS Szczecin”. Zrobiłem zdjęcie, żeby mieć świadectwo, że nasi tu są. Początkowo stateczek spokojnie płynął przez wąski port i mieliśmy okazję obejrzeć nasz wycieczkowiec z poziomu wody. Faktycznie wielkie bydle. Potem zrobiło się szerzej i nasz kierowca przyspieszył. Natychmiast zastanowiłem się, czy aby na pewno dobrze zrobiłem lokując się na górze i do tego jeszcze samym dziobie. Żona schowała się za mną. Wiatr zaczął porządnie targać ubraniem, a temperatura odczuwalna spadła o dobre 10 stopni. Niemniej uparcie trwałem, bo do fotografowania miejsce faktycznie było najlepsze na całej łajbie. Skierowaliśmy się pod jeden z dużych mostów, które widziałem jeszcze rano z naszego balkonu. Po przepłynięciu pod mostem otworzyła się przed nami naprawdę spora zatoka i żarty się skończyły. Ponieważ dookoła akurat nie było co oglądać, to nasz kierowca bombowca docisnął manetki do końca i to, co przed chwilą wydawało mi się dokuczliwym wiatrem, powróciło do rangi cichego, porannego zefirka. Dziób niewielkiego stateczku podniósł się wysoko do góry, a moje możliwości utrzymania się na nogach gwałtownie zmalały. Nie z powodu przechyłu, tylko wichru, który usiłował mnie zwiać z pokładu. Natychmiast schowałem do plecaka aparat, bo robienie zdjęć, kiedy wichura targa człowiekiem na wszystkie strony nie ma większego sensu. Kurczowo uchwyciłem się relingu, zgarbiłem, przymknąłem oczy i zastanawiałem się co najpierw pourywa mi wiatr: kaptur, rękawy czy nogawki. Wszystko furkotało, jakbym siedział na skrzydle samolotu. Huk wichury był ogłuszający. Nasza prędkość sumowała się jeszcze z wiatrem, który jak na złość wiał z naprzeciwka. Oceniłem wzrokiem, jak daleko mamy do miejsca, gdzie kończy się szeroki akwen i ponownie zaczyna wąski fiord. Kurde, daleko… Jak później sprawdziłem na śladzie z GPS-a, tej szaleńczej jazdy było 20km, a prędkość zbliżała się do 50km/h. Na szczęście dzięki tej prędkości wszystko razem trwało mniej, niż pół godziny. Ale było to pół godziny prawdziwej próby. Głupio było wobec zahartowanych Norwegów schować się pod pokład, tylko z powodu lodowatego huraganu. Co ciekawe, także Iwonka wytrzymała na górze, przesunęła się tylko trochę do tyłu. Może i dobrze, bo niebezpiecznie byłoby podczas tej jazdy przemieszczać się po łodzi. Ostatecznie dopłynęliśmy do węższego Lysefiordu, nasz kapitan zwolnił i można było skupić uwagę (i aparat fotograficzny) na pięknych krajobrazach.

Chatki nad Lysefiord
Chatki nad Lysefiord

Niebo nawet trochę się przetarło i momentami przez chmury przezierało słońce. Wokół były dzikie góry, wszechobecne wodospady, zielone wody fiordu i białe języki śniegu na szczytach. Gdzieniegdzie maleńkie osady składające się z maksymalnie kilku domków, lub częściej pojedyncze zabudowania wysoko na zboczach wyglądające jak pustelnie, a nie ludzkie siedziby. Pewnie były to „hytte”, ale o tym później. Dookoła cisza i spokój. Określenie z ulubionych opowiadań Borchardta „nad dalekim, cichym fiordem” zaczęło się właśnie wokół materializować. Z pewnością nie dałoby się go doświadczyć z pokładu ogromnego wycieczkowca, ale z niewielkiej łodzi wyglądającej, jak łupina orzecha pomiędzy majestatycznymi górami było wyraźnie odczuwalne. Płynęliśmy spokojnie zawijając do zatoczek i zbliżając się do ścian fiordu w miejscach, gdzie było coś ciekawszego do zobaczenia. Na przykład skalne urwisko, w którym można bez problemu dostrzec „twarz” Trolla. Platforma Prekestolen (ambona) – płaska prostokątna skała o wymiarach 25x25m wisząca nad 600-metrowym, pionowym urwiskiem nad wodą. Wodospad Hengjanefossen, do którego podpłynęliśmy tak blisko, że woda właściwie lała się na pokład. Na koniec nasz kapitan-sokole oko, wypatrzył foki wylegujące się na skałach na brzegu fiordu. Podpłynął na tyle blisko, żeby zrobić zdjęcia, ale ich nie spłoszyć. Niestety trzeba było wracać. Droga powrotna przez otwartą zatokę już trochę mniej dała się nam we znaki. Byliśmy przygotowani, a ponadto płynęliśmy z wiatrem, co trochę zmniejszyło „doznania”. Ostatecznie okazało się, że rejs miał długość ponad 80km! Wróciliśmy do portu Stavanger i na nasz statek zmarznięci i zmęczeni, ale pełni wrażeń i z aparatem ciężkim od zdjęć. Zaznaczę jeszcze, że spodziewając się, iż na pokładach nie będzie gdzie rozstawiać statywu, zamiast niego zabrałem kamerę GoPro na „kijku-samobijku”, którą robiliśmy sobie potem wspólne zdjęcia na co ciekawszym tle. Pomysł się sprawdził. Niby obciach, ale za to przynajmniej mamy trochę wspólnych zdjęć, które po umiejętnej obróbce są nawet całkiem zadowalającej jakości. To był koniec wizyty w Stavanger. Trzeba było wyjść z portu, wypłynąć z fiordu i pełnym morzem udać się do najdalej na północ położonego punktu naszej wycieczki.

Rejs po Lysefiord
Rejs po Lysefiord

Część 4 – Hellesylt i Geiranger

Droga ze Stavanger do Hellesylt to bite 230 mil morskich, z czego znaczny odcinek przez fiord Sunnylvsfjorden, gdzie nie można rozwinąć pełnej prędkości. Płynęliśmy więc całą noc i dopłynęliśmy dopiero następnego dnia o 10:30. Jednak sama podróż przez fiord była bardzo malownicza. Pogoda nadal nam sprzyjała, było trochę błękitnego nieba, a nawet słońca. Samo Hellesylt to wioska, której punktem centralnym jest malowniczy wodospad. Zwiedzać zwyczajnie nie ma co, więc po prostu poszliśmy na spacer. Lokalna populacja to 250 osób, więc wpłynięcie naszego statku tymczasowo dziesięciokrotnie zwiększyło gęstość zaludnienia. Wydaje mi się, że duże nabrzeże (pewnie większe od reszty osady), do którego był w stanie zacumować nasz Horizon, zbudowali specjalnie z myślą o tym, żeby czasem zobaczyć innych ludzi. A przy okazji ci inni ludzie może kupią jakieś pamiątki w sklepiku? Także założonym specjalnie dla nich. Sezon turystyczny trwa tylko 3-4 miesiące, bo potem jest ciemno i zimno, ale zawsze to jakaś miła odmiana… Spacer w Hellesylt, to jedyne miejsce gdzie złapał nas lekki deszczyk. Jak na typową aurę Norwegii, to naprawdę niezwykły wynik. Postaliśmy tam może z godzinkę, popodziwialiśmy widoki i wyruszyliśmy w dalszą drogę przez fiord do miejscowości Geiranger.

Miasteczko Hellesylt
Miasteczko Hellesylt

Ze względu na piękną, słoneczną pogodę podróż z Hellesylt do Geiranger dała mi możliwość zrobienia naprawdę fajnych zdjęć. Mijaliśmy słynne wodospady Brudesloret (Welon Panny Młodej), De Sju Sostre (Siedem Sióstr) i naprzeciwko niego, po drugiej stronie fiordu Friaren (Zalotnik). Wokół tych miejsc narosło wiele opowieści, jednak wszystkie obracają wokół nieszczęśliwej miłości i śmierci młodych. Smutne, skandynawskie legendy nie mają obowiązkowego happy endu. Na wodospadzie Zalotnik można dostrzec wyraźny zarys butelki – podobno pił z nieszczęśliwej miłości… Geirangerfjord jest jednak piękny i malowniczy.

Siedem Sióstr
Siedem Sióstr

Na samym końcu fiordu, wciśnięte pomiędzy góry i wodę usadowiło się miasteczko Geiranger. Miasteczko liczy sobie mniej niż 300 mieszkańców, natomiast ze względu na niezwykle malownicze położenie, odwiedza je rocznie ponad 300 tysięcy turystów przypływających wielkimi wycieczkowcami. Pokuszę się o odważną tezę, że miasteczko żyje głównie z turystyki. Dołączyliśmy do setek tysięcy innych oglądaczy i postanowiliśmy sprawdzić, co miejsce ma nam do zaoferowania. Na samym początku jednak zatrzymał nas zgrzyt techniczny. Za kasę złupioną z turystów Geiranger zafundowało sobie super nowoczesny przegubowy, ruchomy pomost pływający, który automatycznie przysuwa się do burty statku pasażerskiego po jego unieruchomieniu za pomocą cum z jednej strony i kotwic z drugiej. Jednak coś było nie tak i tarmosili się z nim ponad pół godziny. Podobno za silny wiatr. Ja tam w ogóle wiatru nie czułem, ale niech im będzie. Ostatecznie udało nam się przejść po pływającym cudzie techniki na brzeg. Mieliśmy zamówioną wycieczkę autokarem najpierw na punkt widokowy Ørnesvingen wysoko nad fiordem, a potem w ogóle w wysokie góry bardziej w głębi lądu na kolejny punkt widokowy Dalsnibba. Niestety kiedy wyjechaliśmy Drogą Orłów (11 ostrych serpentyn wiedzie na wysokość 620m) na punkt widokowy, pogoda zaczęła się psuć. Poziom chmur się obniżył i widoczność znacznie się pogorszyła. Zły byłem na ich portowe wynalazki, bo gdybyśmy bez problemów opuścili statek, to zdążylibyśmy zrobić zdjęcia fiordu z góry przy słonecznej pogodzie. No ale trudno – to Norwegia i mgliste widoki także należą do tutejszego kanonu. Zresztą pogoda zmienia się tu, jak w kalejdoskopie – jak to w górach. Zrobiliśmy kilka mglistych zdjęć z tarasu widokowego Ørnesvingen położonego na wysokości 515m, na których nasz oceaniczny statek na dnie fiordu wygląda jak plastikowa zabawka w wannie. Akurat zaczynało mżyć, więc wróciliśmy do autokaru aby udać się w góry po drugiej stronie Geiranger.

Widok z Ørnesvingen
Widok z Ørnesvingen

Wróciliśmy z powrotem na dół Drogą Orłów, przejechaliśmy przez Geiranger i zaczęliśmy piąć się w górę na wschód od miasteczka. Wraz z kolejnymi zakrętami byliśmy coraz wyżej i dalej od fiordu. Jednak nadal było widać w dole miasteczko i nasz statek w fiordzie. Tylko teraz nie wyglądał już nawet, jak zabawka. W końcu kolejne granie zasłoniły nam widok na fiord, a wokół zaczęło się pojawiać coraz więcej śniegu. Minęliśmy piękne, górskie jezioro Djupvatent i ostatnie 5km przejechaliśmy wąziutką i krętą turystyczną drogą prowadzącą na szczyt Dalsnibba na wysokości 1495m. Drogi którymi jechaliśmy zaczynają odśnieżać w czerwcu (czasem pod koniec maja), bo wcześniej nie dadzą rady nawet najcięższe pługi wirnikowe. A stają się z powrotem nieprzejezdne z powodu śniegu we wrześniu/październiku… Był początek sierpnia, więc mogliśmy przejechać, ale mówiąc oględnie, było zimno, wiało, wszędzie wokół był śnieg, i właściwie byliśmy w chmurach więc w powietrzu było mokro a momentami mocniej padało. Po dotarciu na szczyt przemogliśmy się żeby wyjść z autokaru pooglądać widoki (znowu mgliste) i zrobić zdjęcia. Może nie od rzeczy będzie dodać, że jadąc tą cholernie stromą i krętą drogą wśród śniegów, w padającym deszczu i wiejącym wietrze, minęliśmy na odcinku tych 5km co najmniej kilkudziesięciu (ale indywidualnie, a nie w grupie) Norwegów NA ROWERACH jadących pod górę. Większość w krótkich spodenkach. Ich surowe wychowanie przynosi widać efekty i kto przeżyje dzieciństwo, tego już nic nie zmoże.

Jezioro Djupvatent
Jezioro Djupvatent

Przez cały okres przedszkolny, dzieci 4 godziny dziennie spędzają na dworze. Każdego dnia, przy każdej pogodzie i o każdej porze roku. Norwegowie mówią, że nie ma złej pogody, a tylko zdarza się nieodpowiedni ubiór. Nie ma zwolnień od rodziców, bo pociecha ma katar albo źle się czuje. Zresztą to byłby wstyd i hańba dla rodziny. Sprawność fizyczna i sprostanie każdym warunkom w każdych okolicznościach to narodowy sport i punkt honoru. Biegają na nartach i bez nart, jeżdżą na rowerach, wiosłują w łódkach, uprawiają wszelkie możliwe sporty, a ich codzienne życie jest dla nas na granicy survivalu. Zresztą muszą być przygotowani na wszystko, gdyż zawsze mogą stanąć oko w oko z Trollem. Z przeprowadzonej ostatnio ankiety wynika, ze ok. 20% Norwegów wierzy w Boga, natomiast 80% wierzy w Trolle. Właściwie nie mam pomysłu, jak to skomentować. Choć w sumie, ani jednego, ani drugiego nikt nigdy nie widział, więc jak dla mnie oba wyniki są zaskakująco wysokie. Norwegowie łączą niektóre swoje wyspy podmorskimi tunelami zamiast mostów. Kiedy przy jednej z takich budów maszyna do drążenia tuneli trzy razy z rzędu odmówiła posłuszeństwa w tym samym miejscu, ministerstwo wydało oficjalny komunikat, że tunel zostanie poprowadzony inną drogą, bo w obecnej lokalizacji prawdopodobnie mieszka Troll i uniemożliwia wiercenie.

Gdzie Norweg najchętniej spędza wolny czas? W swojej hytte. Hytte to drewniana chatka, im dalej od innych ludzkich siedzib, tym lepiej. Bez prądu, bez wody i żadnych udogodnień. Fajnie jak nie ma drogi i w ogóle samo dostanie się do hytte jest wyzwaniem. Czasem można tylko dopłynąć łódką na brzeg fiordu, a potem trzeba posuwać na piechotę 200m w górę po skałach przez las. Jak Norweg przed swoją hytte zacznie wrzeszczeć na całe gardło, to w wariancie najbardziej pożądanym odpowie mu tylko echo odbite od gór po drugiej stronie fiordu. To jest dopiero prawdziwe życie. Na początek trzeba narąbać drewna i rozpalić. Wodę można zaczerpnąć ze strumienia, wodospadu lub stopić ze śniegu. Do jedzenia jest to, co upolujesz, ewentualnie złowisz i sam sobie przyrządzisz. Ze sobą przywożą jak najmniej. Zaszywają się tam sami lub z rodziną i co najwyżej nielicznymi, najbliższymi znajomymi. Im mniej, tym lepiej. Chcą obcować z przyrodą i robią to w formie ekstremalnej. Właściwie trudno się zdecydować, czy im zazdrościć, czy ich żałować. Sporo takich hytte widzieliśmy ze statku na niedostępnych zboczach gór. Tak w połowie drogi między wodą, a szczytami (pewnie, żeby trudniej było się tam dostać). Wokół tylko góry, las i kompletna głusza. Jak to się ma do naszych upodobań wakacyjnych?… Wracając w dół autokarem starałem się robić zdjęcia przez szyby (choć zwykle tego unikam) i z szacunkiem patrzyłem na kolejnych mijanych rowerzystów. Ja bym z tymi ludźmi bez ważnego powodu nie zadzierał. A i z ważnym powodem bym się dwa razy zastanowił.

Sognefjorden - dzikie piękno Norwegii
Sognefjorden – dzikie piękno Norwegii

Norwegia podobnie, jak inne kraje skandynawskie, to państwo opiekuńcze. Kraj przestał klepać biedę, kiedy odkryto złoża ropy na Morzu Norweskim. Jednak nie przejadają tego bogactwa. Pięciomilionowa Norwegia ma rezerwy większe niż Rosja. Wysokie podatki, wysoki socjal, wysokie zarobki. Wszystko to czasem nawet kilka razy wyższe, niż średnia unijna, Polski nie wspominając. Rodowitych Norwegów wielu nie ma i do tego siedzą w hytte, albo posuwają na rowerach przez zaśnieżone góry, więc nie ma kto pracować. Żartuję. Ale imigracja jest spora, a najliczniejsza grupa, to Polacy. Spotykaliśmy rodaków właściwie wszędzie, w sklepach, knajpach, na ulicach. Są cenionymi pracownikami i szanowanymi obywatelami. Zresztą Norwegia to kraj właściwie policyjny, więc jak ktoś tylko nieostrożnie podskoczy bez pozwolenia, wylatuje na zbity pysk. A słowo „deportacja” to najgorszy wyrok dla przyjezdnych. Są zatem grzeczni, zachowują się i pracują przykładnie. Sami Norwegowie są praworządni do przesady. Jak jest ograniczenie prędkości do 30km/h, to nikomu nie przyjdzie do głowy szaleć 35km/h. Nie ma najmniejszego przyzwolenia społecznego, na jakiekolwiek przejawy łamania prawa. Mają to we krwi. Mają kręćka na punkcie ekologii. Czysta energia (wyłącznie elektrownie wodne i wiatrowe), elektryczne samochody i w ogóle wszystko, co tylko może być eko – sport narodowy.

W Geiranger, jak i w większości osad, które mijaliśmy, nad samiutką wodą fiordu jest duże pole kempingowe. Mnóstwo namiotów i kamperów. Pewnie bidota, co nie ma własnej hytte. Musi być super po takiej 30-kilometrowej wycieczce rowerem w cholernych górach na wysokość półtora kilometra, wśród śniegu i deszczu, wyciągnąć się w śpiworze w zimnym namiocie stojącym nad samą wodą fiordu. Po prostu raj.

Camping w Geiranger
Camping w Geiranger

Z brzegu na statek dostaliśmy się okrętowymi szalupami motorowymi. Widać kosmiczny pomost całkiem się skiepścił, bo był już poskładany przy brzegu. Czekała nas długa droga kolejno przez Geirangerfjorden i Sunnylvsfjorden na otwarte morze, odcinek po morzu i potem w głąb kolejnego fiordu do miasteczka Flåm. Razem 107 mil. Wyruszyliśmy z Geiranger, kiedy było jeszcze całkiem widno i płynęliśmy w stopniowo zapadającym zmroku. Wraz z zanikaniem światła fiordy zaczęły wyglądać zupełnie inaczej. Większość z pewnością powie, że ciemne, niebotyczne góry nad czarną wodą wyglądają złowieszczo, ale ja nie odniosłem takiego wrażenia. To nadal przepiękna przyroda Norwegii, tylko przebrana w inne szaty. Majestatyczna i zachwycająca. Gdzieniegdzie małe skupiska nielicznych świateł, a czasem pojedyncze światełko na tle wielkiej, ciemnej góry. Robi ogromne wrażenie. Trudno fotografować w ciemnościach z ruchomego pokładu, ale coś mi tam wyszło. Może warto dodać, że na tej szerokości zmrok zapada bardzo późno. Praktycznie o godz. 23 mieliśmy jeszcze resztki dziennego światła. W lecie słońce nie schodzi głęboko poniżej horyzontu i stąd światło po zachodniej stronie utrzymuje się bardzo długo.

Sognefjorden Wieczorem
Sognefjorden Wieczorem

Ponieważ wielki statek nie może nocą przez fiordy płynąć szybko, to do Flåm dotarliśmy dopiero następnego dnia w południe. Jednak cała droga przez Sognefjorden (najdłuższy fiord na świecie) upłynęła pod znakiem ładnej, słonecznej pogody. Można było podziwiać widoki i fotografować. Tak też zrobiłem. Niby fiordy są do siebie podobne, jednak za każdym zakrętem wyłaniają się nowe widoki i nowe perspektywy. Krajobrazy, dla których w ogóle tu przyjechaliśmy, są przepiękne. Tego się nie da opisać, nawet zdjęcia nie oddają w pełni tego, co można zobaczyć własnymi oczami.

Geirangerfjorden
Geirangerfjorden

Część 5 – Flåm

Nasz kolejny port – mieścina Flåm. 450 Norwegów żywego inwentarza i oczywiście wielkie nabrzeże mogące przyjąć oceaniczny statek pasażerski. Patrząc na Flåm z górnych pokładów odnosi się wrażenie, że mamy przed sobą makietę. Zresztą na zdjęciach wygląda podobnie. Zastanawiałem się, co takiego jest w tym miasteczku, że na każdym sprawia takie wrażenie. Po chwili znalazłem odpowiedź – obsesyjny wręcz ład i porządek. Na makietach wszystko jest równiutkie, kolorowe, poukładane i zadbane. Nie odtwarza się miejsc nieuporządkowanych, zagraconych, zaśmieconych i ogólnie – nieatrakcyjnych. Takie jest Flåm – miasteczko z pudełeczka. Najpierw mieliśmy trochę wolnego czasu, żeby sobie połazić po okolicy. Zajrzeć do sklepu z pamiątkami, zejść na samą plażę (z ciemnego piasku, żwiru) i ogólnie się rozejrzeć. Generalnie nasz statek górował nad mieściną i był widoczny z każdego miejsca, więc nie sposób zabłądzić. Jednak główną atrakcją tego miejsca nie miało być samo miasteczko, a przejazd koleją Flåmsbana do odległego o 20km Myrdal. Budowa linii kolejowej Myrdal – Flåm rozpoczęła się w 1923 roku i zajęła blisko 20 lat. Powstawała w niezwykle trudnym terenie. W tamtym czasie była niezwykłym wyzwaniem inżynieryjnym. Jest najbardziej stromą koleją o standardowej szerokości torów na świecie. Nachylenie większości trasy wynosi 5.5° – jak na pociąg, to bardzo dużo. Każdy skład złożony z kilu osobowych wagonów jest obsługiwany przez dwie lokomotywy – z tyłu i z przodu. Na odcinku 20km znajduje się 20 tuneli o łącznej długości 6km. Tunele drążono ręcznie, a każdy metr kosztował miesiąc ciężkiej pracy robotników kolejowych. Aby uniknąć zagrożenia lawinowego nie budowano mostów nad rzekami, ale rzeki kierowano do tuneli pod torami. Szlak został zelektryfikowany w 1944 roku, u nas parowozy jeździły do lat 80-tych.

Miasteczko Flam
Miasteczko Flam

Kolej budowana była w celach czysto transportowych, ale w dzisiejszych czasach pełni głównie funkcję turystyczno-widokowe. W odległości 4,5km od Myrdal pociąg zatrzymuje się przy platformie widokowej zbudowanej przy wodospadzie Kjosfossen. Wodospad ma 225m wysokości a poniżej platformy widokowej jego woda kierowana jest do tunelu i elektrowni wodnej wykorzystywanej do zasilania kolei. Kiedy pasażerowie wyjdą z pociągu na platformę (ciągle skapaną w wodnym pyle z wodospadu) z ukrytych gdzieś w górach głośników rozlega się muzyka, a na starych ruinach na tle wodospadu pojawia się tańcząca postać w długiej, czerwonej szacie. Jest to Huldra – postać z nordyckiej mitologii, żeński odpowiednik Trolla. Jednak w odróżnieniu od Trolli, Huldry są pięknymi dziewczynami uwodzącymi chłopców. Jedyne, co różni je od ludzi, to krowi ogon wystający spod spódnicy. Biada chłopakowi, który nie zauważył go w porę… Postać Huldry odgrywają dla turystów studentki norweskiej akademii baletowej. W powrotnej drodze udało mi się nakręcić filmik z tańczącą Huldrą mimo wodnego pyłu wiszącego w powietrzu. Jednak kiedy wróciłem do wagonu byłem cały mokry i aparat też. Na szczęście wystarczyło go powycierać. Ja wyschłem, a filmik został. Widoki z pociągu faktycznie piękne – właściwie całą drogę stałem z aparatem w otwartym oknie. Zmarzłem i mnie wywiało, ale warto było.

Wodospad Kjosfossen - tańcząca Huldra
Wodospad Kjosfossen – tańcząca Huldra

Po powrocie do Flåm udaliśmy się jeszcze na spacer nabrzeżem w przeciwną stronę, niż w południe. Udało się zrobić fajne fotki na tle fiordu i naszego statku. Wieczorny powrót przez Sognefjorden w kierunku otwartego morza był właściwie pożegnaniem z dziką przyrodą fiordów i niezwykłymi krajobrazami. Następny dzień to Bergen, czyli już duże miasto. Oczywiście położone nad wodą, na wyspach, nad brzegami fiordu, ale i góry tu już takie łagodne i miasto zbyt duże, żeby nie przytłumić natury.

Horizon we Flam
Horizon we Flam

Część 6 – Begen

Do Bergen dopłynęliśmy przed 10 rano. Było trochę szaro i ponuro. W końcu to miasto deszczów, więc czego się spodziewać? W Bergen obowiązują dwie prognozy pogody zależnie od widoczności gór wokół miasta: jeśli góry widać, to będzie padało, jeśli gór nie widać, to już pada. Coś jest na rzeczy, bo podobno jest tu do 275 dni deszczowych w roku. Nie robiłem sobie wielkich nadziei na zdjęcia, tym bardziej, że limit farta do dobrej pogody właściwie już wyczerpaliśmy w poprzednich fiordach.

Centrum Bergen
Centrum Bergen

Jednak już kiedy jedliśmy śniadanie wypogodziło się, wyszło słońce i rozpoczął się naprawdę letni dzień. Niesamowite. Widać przewodniki i prognozy pogody łżą, jak z nut. Oglądanie Bergen rozpoczęliśmy od wycieczki autokarem po centralnej części miasta. Właściwie centrum Bergen leży na półwyspie między starym basenem portowym i Byfjordem. Centrum historyczne to położone na nabrzeżu tego basenu portowego Bryggen. W średniowieczu była tu faktoria niemieckiej Hanzy. Kupcy Ligi Hanzeatyckiej wznieśli na nabrzeżu drewniane zabudowania w których mieli magazyny, warsztaty a także pomieszczenia mieszkalne. Także dzisiaj na brzegu basenu portowego widać równy rząd kolorowych, drewnianych domów. Co istotne, od frontu wyglądają dosyć zwyczajnie, bo nie widać jak długie są te budynki i jak daleko sięgają w głąb zabudowań. Widoczne fasady mają zwyczajną szerokość ok. 10m, ale budynki są długie na ok. 100m! Hanza miała tu bardzo silny punkt i z czasem władze miasta próbowały ograniczać jej wpływy. Na przykład nie chciały sprzedać kupcom więcej terenu. W związku z tym, ci zaczęli pozyskiwać grunt zasypując fiord i wyciągnęli swoje budynki w kierunku wody – dlatego są tak długie. Przyrastały w kierunku wody, a nie odwrotnie. Jednak średniowieczne metody przeprowadzenia tych robót nie były trwałe i do dziś grunt razem z budynkami osuwa się i osiada. Norwegowie prowadzą ciągłe prace konserwatorskie polegające na sukcesywnym podnoszeniu zapadających się zabytkowych budynków. Ich efekt widać doskonale na przykładzie ostatniego domku po prawej stronie, który nie został jeszcze podniesiony – niegdyś jego dach był na tej samej wysokości, co pozostałe, obecnie jest dobre półtora metra niżej.

Domy Ligi Hanzeatyckiej
Domy Ligi Hanzeatyckiej

Trzeba mieć też świadomość, że Bryggen było wielokrotnie odbudowywane. Bergen jest miastem deszczów, ale też miastem pożarów. W swojej historii spłonęło już 30-krotnie, z tego kilka razy właściwie do gruntu. Ogień był zawsze największym zagrożeniem drewnianej zabudowy. Z tego powodu kupcy Hanzy wprowadzili całkowity zakaz używania ognia w swoich zabudowaniach. Na żadnym z hanzeatyckich budynków nie ma ani jednego komina. Skutkiem tego wszyscy pracowali, mieszkali i spali w całkowicie nieogrzewanych pomieszczeniach. A Bergen nie leży nad Morzem Śródziemnym. Podobno wymyślili sobie do spania coś na kształt szaf. W tych szafach spali i to po kilku na kupie. Pewnie było cieplej, ale w średniowieczu obsesyjne dbanie o czystość nie było na porządku dziennym, więc wolałbym do takiej szafy nad ranem nie wkładać nosa… Jakby mało było ciągłych pożarów, ta część miasta została doświadczona jeszcze jedną katastrofą: 20 kwietnia 1944 (urodziny Hitlera) w samym środku basenu portowego stał holenderski statek Voorbode (oczywiście zajęty przez Niemców) wyładowany 124 tonami materiałów wybuchowych. Nie widomo, czy ktoś celowo bawił się zapałkami, czy zapomniał wyłączyć żelazko, faktem pozostaje, że o 8:39 rano wszystko razem zrobiło wielkie bum. Trzeba mieć świadomość, że to ładunek porównywalny ze współczesną, niewielką taktyczną głowicą jądrową. 130 budynków wokół zostało zmiecionych z powierzchni ziemi. Dalszych 120 nie nadawało się do odbudowy. Na szczęście w 1944 nie było wielkiego ruchu turystycznego i zginęło tylko 158 osób. Kilkutonowa, stalowa kotwica statku spadła w górach cztery kilometry od miejsca eksplozji i dzisiaj jest zamieniona na pomnik upamiętniający tamto wydarzenie.

Basen portowy, w którym wybuchł Voordobe
Basen portowy, w którym wybuchł Voordobe

Obecne Bergen to drugie miasto Norwegii zamieszkane przez 270 tysięcy ludzi. Choć trzeba pamiętać, że przez większość swojej historii było stolicą kraju. Mimo trudnego klimatu jest tłumnie odwiedzane przez turystów. Szlaki turystyczne prowadzą właśnie wokół starego portu. Jest tu targ rybny, muzeum Hanzy, kawiarnie, sklepy z pamiątkami (w tym jeden całoroczny sklep bożonarodzeniowy), rezydencja królewska z XIII wieku ze słynną Salą Håkona, zbudowana przez króla Håkona Håkonssona i wieża Rosenkrantza z XII wieku. Ta ostatnia poważnie ucierpiała podczas wybuchu statku Voorbode, ale została odbudowana. Ciekawie wyglądają kawiarniane ogródki w Bryggen: nie ma parasoli nad stolikami, za to na krzesłach są przewieszone kocyki, którymi można się okryć. Nie mieliśmy okazji z nich korzystać, gdyż dzień był wręcz gorący. W sklepach, jak w całej Norwegii: Trolle we wszystkich kształtach i rozmiarach, oraz super-gryzące wełniane skarpety, szaliki, czapki, sweterki ect. Tudzież inne bezużyteczne rzeczy, ale z obowiązkowym motywem łosia, renifera lub norweską flagą. Na targu rybnym poza, co zrozumiałe, rybami i innymi zimnokrwistymi badziewiami, można nabyć kiełbasy z łosia, renifera lub nawet wieloryba. Połowy wielorybów są legalne tylko w trzech krajach na świecie: Japonii, Islandii i właśnie Norwegii.

Rezydencja królewska i wieża Rosenkrantza
Rezydencja królewska i wieża Rosenkrantza

Zanim jednak mieliśmy wolny czas na poszwendanie się w tym turystycznym centrum, odbyliśmy obowiązkowy wyjazd kolejką torowo-linową Fløibanen (jak nasza Gubałówka) na liczącą 320m wysokości górę Fløien, ze wspaniałym widokiem na panoramę Bergen. Kontrakt na budowę kolejki władze miasta podpisały z niemiecką firmą i budowa ruszyła w 1914 roku. Niemcy ukończyli budowę w 1918, ale w międzyczasie przegrali pierwszą wojnę światową, co poskutkowało dewaluacją marki niemieckiej 5 milionów razy. Ponieważ budowa kolejki została zakontraktowana właśnie w markach niemieckich, to można powiedzieć, że Bergen dostało swoją kolejkę za dolara. Pogoda w dalszym ciągu utrzymywała się słoneczna, a niebo błękitne, więc zrobiliśmy sporo ładnych zdjęć. W Bergen jest jeszcze bardzo dużo ciekawych miejsc, jednak trzeba było wracać na statek. W gazetce pokładowej na ten dzień napisano jasno: godz. 17:30 – wszyscy na pokładzie! Jakoż i ostatecznie opuściliśmy norweską ziemię i stawiliśmy się na pokładzie. Na wszelki wypadek wzięliśmy sobie namiar na lokalnego przewodnika, pana Pawła, który przyjechał do Bergen na wymianę studencką i jakoś tak się złożyło, że nie wrócił. Został przewodnikiem i między innymi oprowadzał naszą grupę opowiadając mnóstwo ciekawych rzeczy.

Bergen Z Góry Floyen
Bergen Z Góry Floyen

Droga z Bergen na pełne morze jest dosyć malownicza – prowadzi pod wysokimi mostami i przez długi czas wzdłuż brzegów fiordów By Fjiord, Grimstad Fjord i Raune Fjord. Można było podziwiać widoki i fotografować przy ciepłym świetle słońca chylącego się pomału ku zachodowi. Piękna pogoda towarzyszyła nam aż do nocy i pożegnania Norwegii. Kolejny dzień – rejs przez Morze Północne do Calais nie obfitował w wydarzenia. Z nudów zaczęliśmy spacerować po górnym pokładzie, mimo szarpiącego wiatru wywołanego ruchem statku, który na otwartych wodach osiągał 40km/h. Każde trzy okrążenia dawały kilometr spaceru. Pogoda była ładna, jednak koło południa weszliśmy w mgłę. Po jakimś czasie mgła mocno zgęstniała i po chwili nie było już widać nawet naszych kominów i masztu radarowego. Zacząłem opowiadać żonie wyczytane w książkach Borchardta mądrości, jak to w dawnych czasach, kiedy nie było radarów, statki płynące we mgle regularnie nadawały sygnały syreną okrętową, żeby się nawzajem słyszeć. Jeszcze dobrze nie skończyłem, kiedy we mgle nad naszymi głowami rozległ się ogłuszający ryk naszej syreny. Podskoczyliśmy do góry, jak i reszta pasażerów w okolicy. Nie potrzebowałem lepszego dowodu na moje słowa. Oczywiście statek miał kilka radarów i nie było zagrożenia, że zderzymy się np. z tankowcem, jednak domyśliłem się, że sygnały są podawane dla innych małych jednostek, które ewentualnie mogą się znaleźć na naszej drodze i zostać zwyczajnie rozjechane. Przez cały czas, kiedy utrzymywała się gęsta mgła, nasza syrena ryczała w regularnych odstępach czasu. Mam nadzieję, że nie spotkaliśmy żaglówki z głuchym skiperem na pokładzie…

Brzegi By Fjord
Brzegi By Fjord

Następnego ranka wyokrętowanie w Calais poszło sprawnie i znowu dostaliśmy nasze własne walizki. Łącznie przepłynęliśmy 1492 mile, czyli 2763km. Jednak nasz Horizon nie wybierał się już w kolejny rejs po fiordach. Na jesieni będzie pływał po Morzu Śródziemnym, a w zimie popłynie na Karaiby. Bon voyage! Nasz ostatni punkt programu to spacer po Calais. Autokar zatrzymał się w centrum i ustaliliśmy godzinę zbiórki. Doszliśmy najdalej z całej grupy, bo aż na  molo wcinające się daleko w morze, które widzieliśmy jeszcze z pokładu statku. Miasto raczej ponure. Z pewnością nie chciałbym tu mieszkać ani spędzać wakacji. Z Calais nasz znajomy kierowca zabrał nas z powrotem do Paryża na Charles de Gaulle. Na pożegnanie samolot był spóźniony o godzinę. Tak wyczerpaliśmy program kolejnej wyprawy i teraz pozostaje nam już czekać na kolejną, tym razem odważnie do południowo-wschodniej Azji.

Calais
Calais

Komentarze do “Norweskie Fiordy

  1. Uwielbiam Pana bloga , czuje się jak bym była w tych miejscach a poczucie humoru oraz obserwacja jest znakomita czuję się zobowiązana podziękować za to co czuje czytając . Z pozdrowieniem do dalszych wojaży Beata

Dodaj komentarz